Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Neitras. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Neitras. Pokaż wszystkie posty

sobota, 15 września 2018

Od Neitrasa CD. Solaris

Suchą pogawędkę z Solaris oraz teoretyczne zapoznanie jej z terenami stada starałem się skrócić jak najbardziej, mając w myślach coś ważnego do zrobienia. Nie trwało to długo, a już pozostawiłem pumę samej sobie z tym nieustannym bezemocjonalnym spojrzeniem, które mnie frustrowało. No ale serio, czy ta samica ma w ogóle jakiekolwiek emocje w sobie? Rozumiem, że natychmiastowa przyjacielskość nie wchodzi w grę, ale ona patrzyła na mnie tak, jakby mnie nienawidziła – choć dzisiaj akurat pokazałem trochę ze swojej nie-tak-chamskiej strony! 
Ale dość przejmowania się humorkami (a raczej brakiem jakichkolwiek humorków) Solaris. W końcu dotruchtałem do jaskini medyka, mając nadzieję zastać tam Blue. Może nakłamałem przedtem pumie, że wybieram się po radę do Cziki, ale hej! – to w imię swojego durnego honoru, który nie pozwolił mi wyjawić przed lodowatooką samicą swojej słabości – wciaż ch***rnie pieczącej rany na barku. I nieważne jak wiele razy medyk nakładał warstwę na warstwie maści, odkażał, dawał jakieś lecznicze zioła – ona nadal tam była, już nie krwawiąca, ale wciaż wdająca mi się we znaki. I bynajmniej nie była to wina Blue, który złym medykiem z pewnością nie był.
Tak czy inaczej, jako nazbyt dumny wojownik, jakim byłem, nie pozwoliłem komukolwiek oprócz geparda-medyka spostrzegnąć, jakie cierpienie przynosiła mi rana z każdym krokiem i oddechem. Od ostatniej wizyty u Blue, gdy rana goiła się tylko na zewnątrz, a ból nie znikał, wiedziałem, że coś definitywnie było w niej nie tak. Do tej pory byłem zbyt uparty, by znowu ukazać się u medyka, jednak przemyślałem to sobie – nie mogłem wiecznie udawać, że wszystko ze mną w porządku, kiedy zaczynało być coraz gorzej.
Tym razem z jaskini wyszedłem jedynie z gorzkim posmakiem ziół w gardle, ale dzięki nim nie czułem narazie bólu. Co nie oznaczało, że rana się polepszała – po prostu chwilowo byłem odporny na zadawany mi przez nią drażliwy, kłujący ból, gdyż to jedyne, co Blue i nowa medyczka mogli razem zrobić.

Dziwne. Zapadła już noc, a ja, zatopiony w myślach, zastanawiałem się, jak to się stało, że ostatnio tak ciągnęło mnie do Jeziora Łez – zwłaszcza nocą, porą przeczyszczenia swoich myśli. Niby od kiedy to zacząłem się czuć nostalgicznie nad jakimś spokojnym jeziorem odbijającym gwieździste, ciemne niebo?
— Eh, ależ cliché. — Prychnąłem. Nagle w moich uszach zadźwięczał jakiś łagodny, rytmiczny głos – ktoś śpiewał cicho, ale blisko mnie.
To nie tak, że chciałem naruszyć czyjąś prywatność. Nie życzyłem sobie, by podsłuchiwać piosenkę z pewnością nie będąca przeznaczoną dla moich uszu... A mimo to znalazłem siebie słuchającego z uwagą słów wylatujących z pyska jakiejś kocicy, powoli się do niej zbliżając.
Byłem nieco zaskoczony faktem, że ów śpiewającą kocicą okazała się Solaris, i kłamałbym, gdybym powiedział, że puma nie umiała śpiewać. Problem był w tym, że ten łagodny, dźwięczny głos nijak nie pasował do niezmiennego, lodowatego spojrzenia Solaris, który u niej dotąd widziałem. Do tego stopnia, że nie rozpoznałem jej po głosie aż do momentu, gdy poczułem jej zapach – a zmysł powonienia miałem wyjątkowo wyostrzony i tak, nie było pomyłki – to musiała być ona.
Nic jeszcze nie zdążyłem powiedziec, a piosenka się urwała, kocica odwróciła nagle w moją stronę i spojrzała na mnie zwężonymi w cieńkie szparki źrenicami. O, i znowu to lodowate spojrzenie!, na które się skrzywiłem, ale po prostu oderwałem wzrok od jej oczu i westchnąłem.
Wiedziałem, że naruszyłem jej prywatność i byłem przez to zakłopotany, więc wydobyłem z siebie:
— Przeszkadzam?

<Solaris?> 
Wiem, nie ruszyłam ani odrobinę akcji, wybacz xD
✐ 562 słowa
+15 SK

niedziela, 2 września 2018

Od Neitrasa CD. Reiko

Zwykle będąc na polowaniu nie napotykałem innych kotów, jednak tego dnia oprócz zwierzyny wyczułem także innego członka Stada Adamantium. Co prawda, raczej nigdy przedtem nie spotkałem tego osobnika, ale byłem po zapachu pewien, że należał do stada – kimkolwiek był.
Ogólnie mówiąc, nie miałem okazji zapoznać się z większością kotów dzielącym ze mną stado, ale nie zamierzałem się w tej chwili też zbytnio interesować nieznajomym, który poza zasięgiem mojego wzroku siedział w krzakach i obserwował, jak bezwstydnie wysysałem krew z szyi ofiary. Nie byłem zbytnio spragniony; ledwie tknąłem krew martwego stworzenia i już zaspokoiłem pragnienie. W jednej chwili usłyszałem szelest gdzieś w trawie za mną i wskoczyłem w las goniąc zająca.
Wróciłem tam później, ciekawy, czy kot ruszył pozostawioną przeze mnie zdobycz. Jak się okazało, jeleń leżał tam, gdzie go zostawiłem, nietknięty.
Świeżo upolowanego zająca zjadłem na miejscu, a parzystokopytnego wciągnąłem na upodobane przeze mnie drzewo.

Zawsze uwielbiałem patrzeć na gwiazdy, ale odbicie ich w spokojnej tafli Jeziora Łez wydało mi się zadziwiająco piękne i hipnotyzujące. Z tego powodu po krótkim namyśle postanowiłem się tu zatrzymać na chwilę i ponapawać ładnym widokiem. Z dnia na dzień zapoznawałem się z coraz większą ilością tych terenów i coraz bardziej urzekała mnie ich nadzwyczajność. Zwiedziłem kawał świata, a te tereny, wszystkie zebrane w jednym miejscu, mogły – według mnie – równać się z najwspanialszymi miejscami na świecie. Nie narzekałbym, gdybym miał spędzić tu resztę życia... choć, ciężko mi ukryć, wciąż ciągnęło mnie do zwiedzania świata i nieustannych wędrówek.
Trochę mocno się zamyśliłem, bo z obecności innego kotowatego w pobliżu zdałem sobie sprawę w niemal ostatniej chwili, gdy ten był już obok mnie. W jednym momencie zdałem sobię sprawę z dwóch rzeczy: po pierwsze, zapach tego osobnika dopasowałem do kota z przedtem, po drugie – w świetle księżyca kotem tym okazała się samica.
— Witaj, jestem Reiko. Można się przysiąść?
Zachęciłem ją do usadowienia się obok mnie niemal przyjaznym skinieniem ogona.
— Bezsenna noc? — zapytałem.
Kocica wyglądała, jakby po tym pytaniu się nieco odprężyła i swobodniejszym głosem odparła:
— Raczej nie mam problemów ze snem. Zwykłe spragnienie. Ale co ty tu robisz? — zapytała nie odrywając ode mnie badawczego spojrzenia.
Wzruszyłem ramionami, a potem nastała cisza, która wcale mi nie przeszkadzała. Co innego Reiko, która w chwilę wymyśliła następny temat, tym razem ostrożniej dobierając słowa.
— Widziałam, jak dzisiejszego popołudnia polowałeś na terytorium Stada Adamantium. Czy...
— Należę do niego — zapewniłem ją.
— Oh. W takim razie, co zrobiłeś z tym jeleniem? Chyba nie zabiłeś go bez powodu?
Chwilę zastanawiałem się nad odpowiedzią, mozolnie trącając łapą taflę wody i patrząc na zniekształcające się na niej odbicie nieba.
— Słyszałaś kiedyś o wampirach, Reiko? — zacząłem, nie odrywając spojrzenia od wody. To zaskakujące, jak o wiele milszy i skłonny do pogawędek stawałem się nocą. Być może to te gwiazdy i ich zachwycający widok magicznie mnie uspokajał...
— Tak — odparła ze znów dosłyszalną w głosie niepewnością.
— A więc cię zawiodę; ja jednym z nich nie jestem — oznajmiłem, uśmiechając się lekko do swojego odbicia i odbicia zaskoczonego pyska lwicy o niespotykanie ciemnej koloru sierści. — Choć za takiego uchodziłem przez swoje kły – widzisz? — wysunąłem je na dwie sekundy — Aaaah... – tak, tak właśnie rozprawiłem się z tym zwierzęciem. I, na swoją obronę mówię ci: nie lubię marnotrawstwa – prędzej czy później zjem to.
Lwica uśmiechnęła się na to, a po momencie spokojnej ciszy ponownie podjęła dyskusję:
— A więc jak ci na imię?
— Neitras. Pora się już zbierać, radzę ci wypocząć, Reiko. — Podniosłem się, mając nadzieję, że samica nie postanowi zatrzymać mnie na dłuższą rozmowę... Choć kolejna taka okazja do zapoznania się z nią mogła się już więcej nie zdarzyć.

<Reiko?>
✐ 613 słów
+15 SK

Od Neitrasa CD. Solaris

Wyjaśniłem Czice, czemu przyprowadziłem do niej Solaris po tym, jak ta wtargnęła na tereny Stada Adamantium, do którego nie należała. Gepardzica po wysłuchaniu mnie odparła:
— Dziękuję, że przyprowadziłeś tu tą kocicę, Neitras. Zaraz się nią zajmę i jej wysłucham, a co do ciebie — Zastrzygłem uszami z zaciekawieniem i skinąłem głową, a więc gepardzica mówiła dalej: — Skoro już tu jesteś, to mam do ciebie małą prośbę. Chciałam wyjść na patrol w okolice bagien, gdzie ostatnim razem doszło do zamieszania, choć je nieco uciszyliśmy. Jeśli mógłbyś zerknąć, jak się tam sprawy mają, byłabym wdzięczna.
— Jasne. Postaram się wrócić jak najszybciej, mam nadzieję, że obejdzie się bez problemów.
Jak rzekłem, tak zrobiłem i pośpiesznie odszedłem od dwóch samic. Odchodząc dosłyszałem jeszcze ciche pytanie Cziki skierowane do pumy: ,,Nazywasz się Solaris?”.
Stąd do bagien nie było daleko. Chcąc mieć to zadanie jak najszybciej z głowy popędziłem ku tym terenom, a na miejscu przekonałem się, że było tam zupełnie spokojnie i już paręnaście minut potem znalazłem się w jaskini Alfy ze swoim raportem.
— Wróciłeś? Tak szybko? — Gepardzica uśmiechnęła się zadowolona.
— Tak jak obiecałem — wydyszałem, starając się ustabilizować swój oddech po  długodystansowym biegu. W przeszłości wiele wędrowałem i byłem nie najgorszym biegaczem, ale ostatnio się odrobinę rozleniwiłem, więc w sumie mały bieg chyba dobrze mi zrobił. – Na bagnach i w pobliżu jest spokojnie.
Alfa kiwnęła głową i zwróciła łeb ku Solaris, która, ku mojemu zdziwieniu, wciąż była tu obecna. Zwróciłem na nią zdezorientowany wzrok i zapytałem z cieniem nieufności, ale też zainteresowania:
— Co ty nadal tutaj robisz?
— Uznałam, że w porządku będzie zaprosić ją do naszego stada — odpowiedziała za Solaris Czika. — Należy teraz do Stada Adamantium.
Na chwilę zapadła cisza, a ja zdałem sobie w porę sprawę, że Alfa oczekuje ode mnie miłego powitania nowego członka.
— No, cóż, miło. — Spojrzałem krzywo na nową, choć wprawdzie nie miałem żadnych obiekcji co do jej przynależności do naszego grona. — Jeśli tyle uprzejmości wystarczy, to ja już sobie pójdę.
— Zaczekaj! Chciałam już cię prosić, żebyś zabrał Solaris na tereny łowne; zdaje się bardzo głodna.
— Eeeh... — westchnąłem, krzywiąc się nieco. Właściwie, moimi jedynymi planami na ten dzień było spanie i polowanie, więc czemu zaszkodziłoby mała pogoń zwierzyny i uczta z nową kocicą?
— Właściwie, to chyba bez większego problemu mogłabym trafić na jakąś zwierzynę sama... — odezwała się puma niepewnie.
— Dosyć uprzejmości. — Wywróciłem oczami. — Chodź, Solaris. Zaprowadzę cię w dobre miejsce.
Wyszliśmy we dwoje z jaskini, zostawiając Czikę samą ze swoimi sprawami.
— Hm... Kiedy dołączyłem do stada, Shira zabrała mnie na łąkę — mamrotałem pod nosem zastanawiając się na głos. — To pewnie będzie najlepsze miejsce na łowy.
— Daleko jeszcze? — zapytała zaciekawiona Solaris, a ja spojrzałem na nią tak, jak zawiedziony ojciec patrzy na małe, zniecierpliwione kocię. Odwzajemniła moje spojrzenie twardym wzrokiem, ale umilkła i więcej nie pytała.
— O ile Czika jeszcze mnie tobie nie przedstawiła — zacząłem jaśniejszym tonem. — Nazywam się Neitras. I niedaleko jest jakiś królik — dodałem, oglądając się przez ramię na pumę i uśmiechając się do niej krzywo.

<Solaris?>
✐ 518 słów
+15 SK

Od Neitrasa - Towarzysz

Spojrzałem w górę, na księżyc, który tej nocy wydawał się świecić jaskrawoczerwonym blaskiem. Bezchmurne niebo zdobiły gwiazdy, na które wpatrywałem się z przyjemnością i nigdy nienasyconym, tym samym zainteresowaniem. Kiedyś od kogoś słyszałem, że gwiazd na niebie jest więcej, niż ziaren piasku na całym świecie.
Upodobałem sobie tę porę dnia; w blasku księżyca i niezakłóconej ciszy zawsze mogłem spokojnie zastanowić się nad swoimi zmartwieniami oraz dalszymi planami.
Minął rok, odkąd jako młode kocię uciekłem ze stada – od swojej rodziny, którą zawiodłem; od problemów i nierozstrzygniętych spraw, które zostawiłem za sobą; a także od śmierci, na jaką zasłużyłem. Nadal za każdym razem, gdy wspominam nieumyślnie zamordowanego przeze mnie niewinnego kota, czuję jakby chłodne szpony zacieśniające się na moim sercu.
Zamknąłem oczy, wsłuchałem się w ciszę, i tak też samotnie zasnąłem wysoko, w mroku jaskini na zboczu bezimiennej góry.

Po krótkim odpoczynku wstałem i wyruszyłem jeszcze przed świtem, i zacząłem poszukiwanie bezpiecznej drogi wśród stromych ścian i wąskich ścieżek góry. Udało mi się po drodze upolować jastrzębia, jednak poza nim nie jadłem i nie zatrzymywałem się więcej aż do wieczoru, kiedy w końcu opuściłem górskie skały i pierwszy raz od kilku dni poczułem świeżą trawę pod łapami. Kochałem skaliste zbocza, ale pomimo tego dobrze było dla odmiany iść też czasem przez równiny.
Nigdzie mi się nie śpieszyło – nie miałem obranego żadnego konkretnego celu, poza kierunkiem, północą. Kilka miesięcy temu spotkałem grupę wędrownych kotów, które doradziły mi kierować się na północ, więc tak postąpiłem w nadziei na trafienie do sławnej stolicy, gdzie przyjaźnie witani są podróżni. Tam mógłbym wzbogacić nieco swoją wiedzę, poznać lepiej kraj, po którym wędrowałem, a – kto wie? – może nawet osiedlić się tam na stałe... choć miałem wrażenie, że zwiedziłem nadal zbyt mało świata, aby zacząć prowadzić osiadły tryb życia i na zawsze zapomnieć o podróżach.
Ten piękny kraj może kryć przede mną jeszcze tak wiele tajemnic, przyznałem sobie w myślach. Stwierdzając, że było wokół mnie zbyt cicho i monotonnie, zastanowiłem się chwilę nad jakąś piosenką, jaką mógłbym zaśpiewać. Przypomniałem sobie starą pieśń śpiewaną między moimi dawnymi współplemieńcami i od razu zacząłem ją sobie cicho nucić pod nosem, kołysząc się w rytm na boki. Przerwałem ją w pół tekstu, usiłując sobie przypomnieć, jak dalej szła – bez skutku. Ostatecznie poddałem się.
— Hm, czy jestem spragniony? — zapytałem sam siebie.
— Tak, tak... Pora się nieco orzeźwić — odpowiedziałem samemu sobie.
Cóż, samotność potrafi zmienić kota, nawet najporządniejszego z czasem zamieniając w szaleńca.
Dobrze, że ja jeszcze nie postradałem całkiem zmysłów. Tak myślę.
Wkrótce coś okazało się jednak... nadzwyczajne, gdy sięgając swoją umiejętnością niedaleko, wyczułem małe stworzenie, ale o niesamowicie silnym i wyjątkowym zapachu krwi. Dla mnie istota ta wyglądała już na wyjętą spod prawa, co skłoniło mnie, oczywiście, do przekonania się, czym była.
Zrobiłem kilka śmiałych, ciekawskich kroków i natrafiłem na wylegującego się na nagrzanym kamieniu w pełni blasku słońca małego... smoka! Definitywnie smoka – tych skrzydeł, rogów i paszczy nie można było przypisać do żadnej jaszczurki... a przynajmniej tak długo, jak mówimy o jawie.
Nie zdążyłem porządnie przyjrzeć się stworzeniu, bo ono zerwało się tknięte nagłym impulsem, ale zamiast uciec i nie dać mi się już nigdy więcej zobaczyć, wpadło wprost pod moje łapy.
Mini bestyjka skrzeczała i piszczała podrygując między moimi łapami jak podekscytowane kocię, którego matka wróciła po długim rozstaniu. Nie wiedziałem, co zrobić z rozentuzjazmowanym smokiem, więc po prostu wiodłem za nim zbitym z tropu, ogłupiałym spojrzeniem.
— O matko, jeśli mnie teraz widzisz, Nazgûlu — zawołałem niemalże zrozpaczony, kierując się znów pamięcią ku dawnemu przyjacielowi. — Proszę, nie śmiej się, to poważna sprawa!
I tak jakby tknięty nagłym przypływem dobroci, z prychnięciem otrzepałem łapę wokół której owinął się mały smok i zniżając łeb tak, że w tej chwili utrzymywałem z bestyjką spojrzenie na tym samym poziomie, nie zastanawiając się długo przemówiłem:
— W takim razie, od teraz możesz mi towarzyszyć, młody. Cokolwiek się stało z twoją matką, jestem pewien, że nie każdy napotyka przypadkiem pełnokrwistego smoka łaszącego się do łap, a więc chciałbym cię sobie zatrzymać. — Ja spojrzałem na niego zaciekawiony, on zaskrzeczał z radością. — Nazwę cię... Nazgûl. — Zawahałem się, a moje oczy na chwilę posmutniały. Mimo to uznałem, że to imię pozostawię smokowi – na cześć zmarłego, jedynego przyjaciela. — Tylko się zbytnio do mnie nie przywiązuj — ostrzegłem.

Ale tym, który przywiązywał się coraz bardziej i bardziej do magicznej gadziny, okazałem się ja. Wędrowaliśmy ramię w ramię, a tymczasem smok rósł z dnia na dzień, aż w wieku zaledwie dwóch miesięcy był już dorównującym mi wzrostem gadziną, jeśli nie liczyć faktu, że wyprężając swoją długą, szarą szyję przewyższał mnie dwa razy. Mijały kolejne miesiące, a smok stawał się coraz większy, a także przez innych nieokrzesany i wobec obcych coraz mniej pokorny; słuchał się jedynie mnie, a każdego nieznajomego traktował jak zagrażające mi niebezpieczeństwo – Nazgûl bowiem wyjątkowo dbał o to, by nic mi się nie stało, gdy tylko był w pobliżu. Co na dłuższą metę było upierdliwe i irytujące, ale i tak to doceniałem.

Jednej nocy smok opuścił mnie bez słowa pożegnania, a wrócił do mnie miesiąc później odmieniony; jego zwykle szare jak czysty kamień łuski przeplatały teraz połyskujące krwistoczerwone linie, jak strumyki krwi, tworzące ciekawe wzory na całym ciele Nazgûla. Oczy jego błyszczały niby nowym, mądrzejszym światłem. Rogi urosły mu, wyglądające jak para poplamionych szkarłatną krwią gałęzi, skrzydła nabrały większej rozpiętości.
— Wróciłeś — zawołałem do niego jako słowa powitania, w głębi duszy ciesząc się z jego powrotu. Znów poczułem towarzystwo tego znajomego z dawna uczucia, tak, znajomego... jeszcze sprzed poznania smoka.
~Wróciłem~, potwierdził śląc mi pełen uśmiech. Wtedy smok zaskoczył mnie, po raz pierwszy kiedykolwiek się do mnie odzywając – choć telepatycznie. ~I nadeszła pora na długie wyjaśnienia...~
Siedliśmy obok siebie na trawie, w pełnym blasku księżyca. Nie miałem Nazgûlowi nic do powiedzenia, dlatego to on mówił, a ja jedynie słuchałem.
Opowiedział mi o tym, jak odwiedził kraj smoków, do którego jedynie te majestatyczne stworzenia miały wstęp i o tym, jak przypomniał sobie wszystko – swoje poprzednie życie, język kotów, a także swoje nowe przeznaczenie. Nazgûl okazał się być dużo starszym smokiem, niż myślałem, a po spędzeniu tysiąca lat w nieśmiertelnej formie, miał zostać związany żywiołem krwi z pewnym kotem – przybrał więc śmiertelną postać – postać Nazgûla, przyjaciela, który zmarł z mojej łapy i tym samym mógł odrodzić się w nowej, potężnej formie smoka o żywiole krwi. A jego przeznaczeniem było stać się jednym ze związanym ze sobą kotem.
I tak też mnie i mojego starego przyjaciela łączy ta sama krew, czujemy ten sam ból, a jeśli jeden z nas umrze, zginie i drugi.

piątek, 31 sierpnia 2018

Od Neitrasa CD. Solaris

Kilka chwil leżałem skryty wśród wysokiej trawy, z uwagą i zainteresowaniem oglądając pumę o obcym zapachu, po którym poznałem, iż nowa samica z pewnością nie należała do Stada Adamantium. Niosła ze sobą woń samotnika, takiego, jakim i ja do niedawna byłem, nim jako pierwsza w stadzie odnalazła mnie Shira, bezsilnego i rannego.
— Kim jesteś? — zapytała nagle obca. Nie umknęła mojej uwadze jej nastroszona w nieprzyjaznym geście sierść. Wyglądała też na nieco spłoszoną, niepewną, a jej ogon drgał w lekkim zdenerwowaniu. Choć jej pewny i ostry głos nie dawał żadnych oznak strachu, po jej pełnej napięcia postawie wyczytałem, że kocica z pewnością zdawała sobie sprawę, iż przebywała na terytorium obcego stada.
Z cichym westchnieniem podniosłem się z ziemi, a wtedy puma szybkim ruchem odwróciła się, stając ze mną pysk w pysk.
Uśmiechnąłem się do niej, choć raczej nie był to jeden z dobrotliwych czy przyjaznych uśmiechów.
— Będąc w gości wypadałoby się wpierw pierwszemu przedstawić. O ile mogę cię tu za gościa uważać — dodałem z kpiącym błyskiem w oku. — Jak przekonasz mnie, że nie przybyłaś tu szpiegować? — zapytałem. — Skąd przyszłaś? Zdajesz sobie sprawę, że mocno naruszyłaś granice Stada Adamantium? — Wiedziałem, że Czika, będąc wyrozumiałą i sprawiedliwą Alfą nie ukarałaby srogo takiego występku, jednak nieznajoma nie mogła o tym wiedzieć, więc nie powstrzymałem się od wytknięcia jej: — W pewnych srogich granicach mogłoby ci to grozić śmiercią, intruzko.
Samica wyglądała przez ułamek sekundy na zmieszaną, jednak po chwili zwróciła wprost na mnie twarde spojrzenie, wzięła głęboki wdech i zaczęła:
— Na imię mi Solaris. Nie jestem szpiegiem; nie mam jednak nic na udowodnienie swoich słów, więc twoja wola, wierzyć mi czy nie. Przyszłam... z daleka, nie zamierzam zabawić tu długo.
— Na prawdę wdarłaś się tu tylko po to, by wykąpać w jeziorze? — drążyłem uparcie. — Tak bardzo zagłębiając się na nasze terytorium? — Otwierała już pysk, by mi odpowiedzieć, ale nie pozwoliłem jej na to i kręcąc z teatralną dezaprobatą oraz smutkiem głową, ciągnąłem: — Na razie dajesz mi coraz większe wątpliwości co do twojej niewinności i same powody, by cię podejrzewać. Gdyby to ode mnie zależało, przepędziłbym cię stąd bez chwili wahania, ale nie zależy – więc zaprowadzę cię do mojej Alfy.
— Rozumiem — powiedziała Solaris niechętnie kiwając głową. Nie wyglądało na to, by zamierzała sprawiać problemy po drodze, jednak kto wie? Nie wyczytałem z jej poważnego pyska chęci wyrwania się i narobienia mi kłopotów, ale tylko ona wiedziała, jakie plany tlą się już w jej łbie.
Wyminąłem ją i dałem skinięciem ogona znać, by trzymała się obok mnie i za mną podążała. Jeśli zamierzałaby uciec, gotów byłem ją ścigać, ale w razie, gdyby zdecydowała się mnie zaatakować, prawdopodobnie nie miałem prawa jej zabić. Moją czujność jednak chwilę potem stępiło głośne burczenie brzucha za mną.
Rzuciłem pumie na wpół wyrozumiałe, na wpół kpiące spojrzenie, ale prowadziłem ją dalej. Być może kocica nie przybyła na te tereny w nieczystych intencjach, a po prostu skłoniona głodem? Jak długi czas już nie jadła? Na pierwszy rzut oka nie wygląda na niedożywioną, myślałem. I skąd tak właściwie przyszła? Może wkrótce usłyszę od niej szczerą odpowiedź.

<Solaris?>
 ✐ 520 słów
+15 SK

czwartek, 30 sierpnia 2018

Od Neitrasa CD. Shiry

Spojrzałem na Shirę, która niezgrabnie padła na ziemię tuż po tym, gdy ją uwolniłem zza krat. Po chwili zrozumiałem, że miała spętane łapy, nim jednak zdążyłem zaoferować pomoc, ta jakoś wyślizgnęła się z więzów i ruszyła przodem.
Zbyt rozkojarzony zapomniałem o niebezpieczeństwie, jakie ze sobą tutaj przywlokłem – a bestia wciąż siała popłoch wśród mglistych wilczysk, co, jak się okazało, nie stawiało wcale mnie i Shiry w lepszej od nich sytuacji. Wielkie ciało zagrodziło nam drogę, niczym bańkę pękając nasze plany o bezszelestnej ucieczce. Stworzenie ryknęło i nie dawszy nam chwili do namysłu zamachnęło się obiema przednimi łapami. Odskoczyłem do tyłu, kątem oka zerkając na swoją towarzyszkę – która dokładnie w tej chwili zniknęła na moich oczach – a potem zająłem się mantikorą, starając się uśmiercić go swoją mocą. Trwało to trochę długo, jednak z każdym powolniejszym biciem serca bestia opadała z sił i furii, aż do momentu, gdy jej serce całkiem zamarło, a ja pozwoliłem sobie odetchnąć z ulgą. Zwierzę runęło bez życia na ziemię, a wtedy w powietrzu ukazała mi się pantera, pojawiając się dosłownie znikąd, i z bitewnym okrzykiem wbijając kły w kark oraz rozszarpując pazurami twardą skórę na grzbiecie martwej istoty.
— To już nie jest potrzebne — krzyknąłem do niej. Widząc jej zmarszczone w pełnym skonfundowaniu brwi zaśmiałem się kpiąco, ale nic nie wyjaśniłem.
W tej samej chwili dostrzegliśmy zbliżającą się do nas gromadę mrocznych wilków. Shira zeskoczyła z grzbietu pokonanego potwora i stanęła obok mnie, czujnym wzrokiem mierząc nadchodzących wrogów. Wyprostowałem się i powiodłem wzrokiem między rozmywającymi się w mroku sylwetkami. Wilków było teraz znacznie mniej, na oko z tuzin, a biorąc pod uwagę fakt, że moja moc na nie prawdopodobnie nie działała – proste, z powodu braku płynącej przez ich ciała krwi – sam nie byłbym w stanie walczyć z tyloma przeciwnikami, nawet osłabionymi po starciu z mantikorą. Nie wiedziałem wiele o mocach Shiry, ale zdawałem sobie sprawę z tego, że pozwaliłyby one jej bez problemu umknąć wilkom w razie złego obrotu spraw.
— Ekhem... — parsknął niskim głosem jeden z wilków, najwyższy i najlepiej zbudowany spośród nich, dumnie stojący na przodzie reszty – prawdopodobnie ich wódz. — Zdaje się, że pochopnie i błędnie was oceniliśmy, przybysze... Jesteśmy wam winni nie tylko przeprosiny, lecz także dozgonną wdzięczność. — To mówiąc, ku zdziwieniu moim i Shiry, pochylił głowę ku ziemi na znak szacunku, a w jego ślad poszła reszta wilków.
— Zrzuciliście z nas klątwę, jaką na nas zesłano; okropną bestię nękającą nas co jakiś czas, o nieznanych porach i godzinach — zawołała śmiało pewna wilczyca, wychodząc naprzód szeregu. Nim zdążyła coś jeszcze dodać, dowódzca zgromił ją spojrzeniem nakazującym ciszę. Wtedy mówił dalej:
— Od tej chwili, witamy was tu nie jako intruzów, lecz gości. Chodźcie, przyjaciele – powitamy was w naszym domu tak, jak powinniśmy was ugościć na samym początku, zapomnijmy więc o naszym pierwszym spotkaniu.
Spojrzałem zamyślony w szkarłatne oczy Alfy, dostrzegając w nich pewien błysk, który wzbudził u mnie podejrzliwość. Mimo niepodobającego mi się spojrzenia wilka postanowiłem dowiedzieć się, co też chcą z nami zrobić te zaskakująco przyjaźnie nastawione stworzenia.
Nie czekając na decyzję Shiry skinąłem samcowi głową.
— Cóż, w takim razie, poprowadź nas, Alfo. Za chwilę do was dołączę.
Dałem łbem znak panterze, by ta szła pierwsza. Grupka zaczęła oddalać się, a choć nie chciałem zostawiać Shiry samej na pastwę dzikusów, którzy mogą jedynie udawać fałszywą sympatię, to jednak przemogła mnie chęć zabrania ze sobą trofeum, pamiątki z Mrocznego Lasu. Tak też zabrałem się za wyważanie jednego z mniejszych kłów mantikory, który obiecywał się świetnie prezentować na mojej szyi, zarazem nie sprawiając problemów z jego noszeniem.
Wyrywając kieł z otwartej paszczy zerknąłem na szeroko otwarte, zamglone i puste lwie oczyska.
— Oj, nie patrz tak na mnie — prychnąłem. — Nawet zdechły nie chcesz mi dać spokoju, co?
Szybko znalazłem jakąś pierwszą lepszą wytrzymalszą linkę i zawieszając na niej kieł, przewiesiłem sobie ozdobę przez szyję. Tak też potruchtałem lekkim i wesołym chodem ku zabierającym Shirę wilkom.
Jak się okazało, wataha zgromadziła się w pewnej wielkiej norze wykopanej pod ziemią i usadowiła kocicę wygodnie na jednym ze skórzanych posłań, podsuwając jej pod nos smakowicie pachnące jadło. Zostałem od razu zauważony i mi również podano najpyszniejsze mięso, a więc odsuwając na chwilę podejrzenia na bok bez wybrzydzania zabrałem się za jedzenie. Nieufność zostawię na później, a narazie skorzystam z tej ich chwilowej wielkoduszności..., mruczałem sobie w myślach.

Kiedy ponownie otworzyłem oczy, od razu pożałowałem swojej nieostrożności. Wiedziałem, że opuszczenie gardy choćby na chwilę wśród tych plugawych łachudrów może okazać się dla mnie zgubne, a mimo to dałem się omamić ich fałszywej dobroci. Byłem na siebie wściekły.
Rzucałem się we wszystkie strony, choć wiedziałem, że obijając się o ściany i ziemię nie roztrzaskam żelaznych kajdanów ściskających mi boleśnie mocno, aż do mięsa, łap. Przez moje gwałtowne rzucanie się, na drugim końcu jaskini przebudziła się, również skuta, Shira.
Łgarze! Łajdacy! Ch***rny, wilczy pomiot!, starałem się wrzeszczeć, jednak przez żelazny kaganiec skuwający mi pysk wyszły z tego jedynie zdeformowane, niezrozumiałe mruknięcia. Znieruchomiałem na ziemi bezsilnie i zamilkłem. Zdaje się, że pantera także coś pomrukiwała, ale nawet nie starałem się jej zrozumieć.
Nie wiadomo, ile czasu minęło, lecz w końcu ktoś zawitał po drugiej stronie krat.
— Oh... — westchnął jakiś wysoki głos. — Przykro mi, że tak wyszło. — To musiała być ta wadera z wcześniej, ta, która była całkiem wiarygodnie przyjazna. — Nie martwcie się, gdybyśmy chcieli was zabić, już dawno byśmy to zrobili. Wasze życia nie są zagrożone — kontynuowała miękkim głosem przepełnionym żalem. — Nie wiem, co nasz Pan zamierza z wami zrobić i nie miałam pojęcia, że potraktuje was środkiem nasennym. Te kajdany, którymi was skuto, zatrzymują magiczne moce... Nie mogę wam narazie pomóc, ale będę was doglądać i przynosić jedzenie, jeśli moi bracia was zaniedbają. Trzymajcie się, okej?

<Shira?>
 ✐ 959 słów
+20 SK

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Od Neitrasa - Cd. Shiry

W pierwszej chwili, gdy zauważyłem zniknięcie kocicy myślałem, że przepadła za sprawą wilków, jednak te okazały się tak samo zdezorientowane jak ja. W chwilę zaistniał mały chaos między wilkami, którego powodu nie do końca rozumiałem. Jednak gdy w moim łbie zadzwonił głos Shiry karzącej skierować mi się w pewną stronę zrozumiałem, że ona się jakoś wywinęła i da sobie radę, więc rzuciłem się wyznaczoną drogą.
Cokolwiek stało się z Shirą i gdziekolwiek się podziewała, wierzyłem, że uniknęła zagrożenia... do momentu, w którym przebiegłem całkiem długą trasę, a Shira nie dawała żadnego znaku i zaczęły dopadać mnie wątpliwości. W chwili, w której zdałem sobie sprawę z tego, że kocica może być w niekorzystnej sytuacji – lub nawet martwa – zatrzymałem się gwałtownie, sycząc wściekle. Bez wahania zawróciłem i ruszyłem z powrotem tą samą drogą, mknąc w cieniu drzew najszybciej jak umiałem. Dotarłem na miejsce, gdzie przedtem osaczyła nas sfora, jednak nie było już śladu po żadnym wilku – te mroczne stworzenia nie pozostawiły po sobie nawet zapachu. Przez chwilę na poważnie zastanawiałem się, czy aby te wilki nie były czymś niematerialnym, zupełnie jak mgła, na którą wyglądały, gdy ich sierść zdawała się rozpływać w powietrzu. Jak tak duża wataha mogła zniknąć bez śladu?, wołałem w myślach sfrustrowany.
Moje domysły potwierdziły się, gdy nie mogłem wyczuć w promieniu całych kilku kilometrów ani jednego wilka...
Jednak wyczułem krew Shiry.
Skupiłem swój umysł na zbadaniu stanu pantery i doszedłem do wniosku, że jeszcze żyła. Znajdowała się kawał drogi od mojego miejsca pobytu, i nie wyglądało na to, by się stamtąd ruszała – czyżby gdzieś była uwięziona? Matko, jednej nocy zezłościliśmy jakieś upierdliwe dziwactwa i jeszcze do tego zgubiłem swoją towarzyszkę. Też upierdliwą, ale jednak! Czy może być gorzej?!
Skupiony na lokalizacji Shiry nie zdałem sobie w porę sprawy, że coś czaiło się na mnie w krzakach. Usłyszałem gardłowe warczenie, a potem, nim jeszcze zdążyłem się odwrócić, wielkie stworzenie ryknęło i wyskoczyło zza krzaków wprost na mnie. Z okrzykiem zaskoczenia uniknąłem wielkich łap mantikory i odskoczyłem do tyłu. Warczeliśmy na siebie długą chwilę, aż w końcu rzuciłem się na stwora, uderzając z całą swoją siłą łbem o lwią głowę. Wbiłem pazury jednej łapy w jego bok, trąc jednocześnie pazurami o jego oczy. Wiedząc, że to go na chwilę oślepi oraz spowolni, nie tracąc czasu odskoczyłem od niego i popędziłem w stronę, z której wyczuwałem Shirę – musiałem się razem z nią szybko wynieść z tego lasu. Na chwilę zupełnie zapomniałem o bagnach i zdarzeniach z nimi związanymi, liczyło się tylko tu i teraz.
Nieprzyjacielski stwór siedział mi na ogonie cały czas, zdeterminowany wypędzić mnie z Mrocznego Lasu... bądź zabić, kto go tam wie.
Noc zaszła już dawno, a do tego istnie mrocznego lasu nie wpadało nawet światło księżyca, więc biegłem zupełnie na oślep, cały czas spodziewając się, że za chwilę wpadnę w jakieś drzewo. Szczęściem, nie natrafiłem na żadne przeszkody, aż do miejsca pobytu Shiry. Nie zdążyłem się nawet zorientować w terenie i przejąć faktem, że dookoła błyskały szkarłatne, złowrogie oczy wilków, bo czując oddech Mantikory na karku nie dbałem o to, czy wpadnę w same sidła wroga. Kiedy krwistoczerwone oczy błyszczały wokół w popłochu, a skomlenia i przerażone warknięcia zmieszały się ze sobą, powstał chaos.
Zdałem sobie sprawę, że stało się za spokojnie; nie słyszałem już za sobą ani świszczących warknięć, ani ciężkich kroków, tylko zmieszane ryki z ujadaniem w oddali.
— A więc dureń zajął się wilkami! — wysapałem, przystopując i łapiąc oddech w płuca. Nie zapominając o zagubionej towarzyszce chwilę potem zerwałem się, by ją odnaleźć.
Złapałem głębszy oddech, zamknąłem oczy i otworzyłem je, natychmiast wyszukując przy pomocy swojej umiejętności panterę – była uwięziona w centrum całego chaosu.
— Shira! — nawoływałem. Nie bałem się, że ktokolwiek zwróci w tej chwili na mnie uwagę, bowiem każdy z tych kundli w momencie paniki nie widział nic więcej, jak czubek własnego nosa.
— Tutaj!
Ów zguba stanęła chwilę potem przed moim nosem. Nie rozróżniałem jej sylwetki na tym ciemnym tle, jednak co do głosu nie było omyłki. Jak się okazało, kocica była jeszcze żywa, a nawet, możnaby rzec, cała i zdrowa.
— Nie mam pojęcia, co się dzieje, ale uciekajmy! — zawołała do mnie. Samica widocznie w tej chwili nie chciała niczego więcej, jak się stąd wydostać, ja za to nie zwlekałem z pytaniami:
— Co się stało, gdy odesłałaś mnie samego? Czemu to zrobiłaś? — zapytałem sfrustrowany.

<Shira?>
✐ 724 słowa
+15 SK

Od Neitrasa - Cd. Shiry

Byłem wściekły na Shirę, która zaprowadziła mnie prosto do medyka, przez co nie mogłem mu już umknąć i pobiec zawiadomić Czikę o zagrożeniu oraz zobaczyć, jak się dalej potoczą sprawy.
Dałem się opatrzyć medykowi – panterze śnieżnej imieniem Blue – a gdy ten zadawał mi różne pytania, jak „Skąd wzięła się ta rana? Nie jest świeża” odpowiadałem na nie wymijająco, wcale nie ułatwiając mu pracy.
Blue zostawił mnie w pobliżu swojej medycznej jaskini, bym mógł narazie odpocząć, ale chciał też mieć na mnie oko.
Na szczęście wkrótce przybyła Shira z nowymi wiadomościami o obecnej sytuacji.
— Czika zabrała szpiegów i wojowników i ruszyła na bagna.
Poderwałem się z ziemi i nie zważając na ból w ranie ukrytej pod świeżym bandażem oznajmiłem:
— Idę tam!
— Co? — Wyglądała na zirytowaną. — Nie ma mowy. Nie pójdziesz tam w takim stanie, gdy...
— A jak ci się zdaje, kim jestem? Wojownikiem, do cho**ery! — parsknąłem i obracając się, zerknąłem przez ramię na Shirę. — Jak dawno temu wyruszyli?
Kocica ściągnęła gniewnie brwi, ale nic nie powiedziała, więc przewróciłem oczami na tę jej nieugiętość i ruszyłem biegiem w stronę bagien.
— Neitras! — krzyknęła jeszcze za mną.
Na szczęście, tak się składa, mam dobrą pamięć i potrafię z łatwością odnaleźć drogę przebytą zaledwie jeden raz. Nie miałem problemu ze znalezieniem tej samej trasy.
Na nieszczęście, upierdliwa Shira uznała, że nie puści mnie tam samego i widząc, że mnie już nie zatrzyma, po prostu pobiegła razem ze mną.
Wkrótce znaleźliśmy się przed Mrocznym Lasem, do którego zdecydowaliśmy się bezzwłocznie wejść. Nawet nie dane nam było dotrzeć do Bagien, gdzie czaiło się w tej chwili główne zagrożenie stada, bo chwilę potem spotkaliśmy okrążającą nas watahę ciemnych, jakby zrobionych z mgły wilków. Ledwo co się zorientowałem w sytuacji, a warczące nieprzyjaźnie stworzenia już zacieśniały krąg wokół mnie i Shiry.
Używanie swojej mocy ani walka nie były najlepszym rozwiązaniem wobec takiej ilości przeciwników. W każdym razie to wilki, podobne grasują na polanach stada i nie są wrogo nastawione, więc może dałoby się z tymi tutaj porozumieć i dogadać? Ale czego one chcą? Na pewno nie zawarcia przyjaźni...

<Shira?>
✐ 351 słów
+10 SK

niedziela, 26 sierpnia 2018

Od Neitrasa - Cd. Shiry

— Nie myśl sobie, że sam pójdziesz, nie znasz bagien tak dobrze jak ja.
Wpatrywałem się długo w kocicę, ostatecznie wzdychając z irytacją, ale dając za wygraną.
— Zgoda! — prychnąłem. — Pójście samemu w takie miejsce mogłoby być głupotą, przydasz się, by w razie czego zwołać wsparcie — przyznałem niechętnie.
Zwróciłem zaciekawiony wzrok na potwora, przez którego otworzyła mi się ponownie rana na barku – Teraz już z pewnością powinienem udać się do medyka, jeśli chcę uniknąć zakażenia, pomyślałem. Gdybym zareagował szybciej i uaktywnił swoją umiejętność, wtedy bez problemu pozbyłbym się kłopotu. Potem jednak ten "kłopot" nie chciał już mi dać drugiej takiej szansy na skupienie się i uśmiercenie go w najłatwiejszy sposób, a więc nie obyło się bez bezpośredniej walki, z której znowu nie wyszedłem cało. Rana sprzed dwóch dni ponownie dała mi się we znaki, jednak nie narzekałem, idąc za samicą powstrzymując się od syczenia i jęków z bólu.
Spojrzałem na Shirę podejrzliwie i nie zapominając jej tego brawurowego występku, jakim się dziś popisała, atakując niebezpieczne stworzenie, ostrzegłem:
— Idziemy tam tylko, by zbadać potencjalne zagrożenie. Staramy się w razie możliwości unikać kłopotów, jasne? — Rzuciłem jej znaczące spojrzenie, jasno dające do zrozumienia, że nie podobała mi się jej lekkomyślność. Nie znałem jej, nie miałem pojęcia, czy nie okaże się na tyle szalona, by porwać się nawet na całą zgraję takich dziwnych istot...
— Masz moje słowo — odpowiedziała, kiwając z powagą głową.
— Yhm, okej — zgodziłem się, choć nadal nie do końca wierząc jej przysiędze. — W takim razie, jak daleko jeszcze do, ehm...  miejsca, z którego według ciebie przyszedł ten potwór?
Shira rozglądnęła się, orientując nieco w terenie i odrzekła:
— Niedaleko. Około dziesięciu minut. Chociaż lepiej, żebyśmy ominęli Mroczny Las... — dodała z namysłem. — Nadłożymy trochę drogi, ale tak będzie bezpieczniej.
— Oooh? A co też czai się w tym lesie?
— Dużo interesujących stworzeń, ale najbardziej wobec nas wrogich — odparła. — Radzę ci, byś zapomniał o jakichkolwiek wycieczkach na ten teren. 
Niedługo potem stanęliśmy przed rzędem drzew – prawdopodobnie Mrocznym Lasem? Nazwa do niego całkiem pasowała – przy którym Shira skręciła w prawo, prowadząc mnie dalej wzdłuż spowiniętego mrokiem lasu. Pozwoliłem sobie na użycie swojej mocy, tak na wszelki wypadek. Wyczułem kilka podejrzanie wyglądających stworzeń, jednak wszystkie trzymające się z dala od nas. Sięgając mocą nieco dalej, zdaje się, że aż do bagien, znów zauważyłem wiele dziwnych istot. Przez resztę drogi trzymałem się na baczności.
W pewnym momencie jakiś mały kształt poruszył się gwałtownie w górze, wśród gałęzi drzew i dzięki temu, że mogłem wyczuć go jeszcze zanim zobaczyłem, zdołałem ostrzec Shirę:
— Uważaj!
Kilka sekund później coś wystrzeliło z koron drzew i w mgnieniu oka zaatakowało mój łeb. Małe pazury wbiły mi się w pysk, a potem jedyne co widziałem, to szalenie trzepoczące ciemnoszare skrzydła oraz złowrogi dziób bezlitośnie kłujący mnie, gdzie tylko się da. Krzyczałem, przeklinałem i machałem łbem na wszelkie strony, podskakując przy tym w szaleńczym tańcu z agresywnym ptakiem na pysku. Zapomniałem na chwilę o obecności Shiry, która najwyraźniej nie przybywała mi z pomoc. Wściekle runąłem grzbietem na ziemię, starając się przygwoździć ptaszysko i dosięgnąć go pazurami, co w końcu poskutkowało, a ptak skrzecząc coś w swoim języku odfrunął. Nie zdążyłem jednak nawet złapać porządnego oddechu, gdy natrętnik powrócił z zamiarem zaatakowania ze zdwojoną siłą. Tym razem będąc przygotowany pozbyłem się go zatrzymując mu pracę serca. Być może kocica była nieco zaskoczona, gdy ptak nagle znikąd spadł na ziemię przerywając pełny lot, kiedy ja nawet go nie tknąłem – ale o to nie dbałem.
— No co? — prychnąłem rzucając Shirze spojrzenie spode łba. — Chodźmy już dalej.
— To było dziwne, prawda? — mruknęła.
— Nie, ani trochę. Na co dzień jestem zwyczajnie atakowany przez takie ch**erne ptaki — odpowiedziałem sarkastycznie, choć nie wiem nawet, czy to brzmiało tak oczywiście. Może Shira nie załapała sarkazmu i uznała mnie za prawdziwe dziwactwo.
Resztę drogi spędziliśmy w ciszy, ja pozostając tak samo czujnym i rozmyślając nad wyjaśnieniem dziwnego zachowania tamtej istoty. Spoglądając na ten mroczny las zdałem sobie sprawę, że muszą w nim mieszkać naprawdę dziwne i groźne stworzenia. Fajnie byłoby kiedyś tam zawitać, pomyślałem sobie uśmiechając się pod nosem na tą myśl.

<Shira?>
✐ 696 słów
+15 SK

sobota, 25 sierpnia 2018

Od Neitrasa-C.d. Shiry

Obudziłem się, kiedy słońce zbliżało się już ku horyzontowi, lecz wciąż było jasno. Oczywiście, zazwyczaj nie jestem typem kocura, który cały dzień spędza na śnie, jednak czy można mieć mi to za złe po bezustannej, wyczerpującej wędrówce?
Zadowolony i wyspany wyciągnąłem przednie łapy rozciągając się i drapiąc nimi o grubą gałąź drzewa. Ze znużeniem i niechęcią powędrowałem myślami do kocicy, która była na tyle miła, aby zaprowadzić mnie w to przyjemne miejsce... chyba byłem jej coś w dodatku winien?
— No tak — wymamrotałem do siebie, kiwając głową. — Chyba polowanie mi nie zaszkodzi.
Od kiedy to stałem się taki dobroduszny?
Na tym otwartym terenie nie musiałem nawet starać się, by odnaleźć zwierzynę; łatwo wytropiłem gromadę saren i bez większego wysiłku spłoszyłem je oraz napadłem swoją ofiarę. Myślałem chwilę, co z tym zrobić i czy nie zapolować także dla siebie, ale doszłem do wniosku, że nie byłem ani trochę głodny. Złapałem wygodnie swoją zdobycz i zacząłem ją ciągnąć po ziemi z zamiarem przechowania jej na drzewie oraz oddaniu Shirze, gdy ją napotkam.
Cóż, nie musiałem długo czekać na okazję. Zbliżyłem się do pantery, która była najwidoczniej wyjątkowo łatwa do zaskoczenia, bo po raz kolejny nie zdała sobie sprawy z mojej obecności aż do momentu, w którym postanowiłem sam o sobie dać znać.
— To za rano — oznajmiłem zwyczajnie, wypuściłem zdobycz i odwróciłem się bez słowa pożegnania. Chciałem odejść w swoją stronę i jeszcze upolować po drodze coś dla siebie – przyznaję, niedawno mój brzuch znów zaczął sprawiać dokuczliwe wrażenie pustego – ale kocica chyba miała co do mnie inne plany, znowu mnie zatrzymując. Westchnąłem cicho pod nosem, ale powstrzymałem się od narzekania. Zachęciła mnie do jedzenia, co po krótkiej chwili namysłu przyjąłem i zabrałem się za posilanie się.
— Zawsze dajesz się tak łatwo zaskoczyć? — zagadnąłem.
— Nie! — obroniła się natychmiast. — Może udaje się to tylko tym, których nie uważam za wielkie zagrożenie — rzuciła Shira tak, jakby chciała mi dogryźć.
— Lekceważysz mnie? Brzmi, jakbyś chciała mi wypowiedzieć wojnę. — Uśmiechnąłem się, patrząc na nią z błyskiem w oku.
— Zdaje mi się, że ty lekceważysz mnie bardziej, Neitrasie.
Sam nie brałem tej rozmowy na poważnie, jednak patrząc na pysk Shiry ciężko było mi stwierdzić, czy ona żartuje razem ze mną, czy myśli o tym na serio... Wolałbym nie wszczynać bójki z członkiem własnego stada, a tym bardziej nie stada, do którego dopiero co dołączyłem i któremu jeszcze nie zdążyłem nawet udowodnić lojalności.
— Mhmm... — Zlizałem soczystą krew ze swoich łap i spojrzałem na niebo, które w tej chwili bardziej zainteresowało mnie od nudnej, małej sprzeczki z ledwie znajomą kocicą. Na nasze sylwetki padał już mrok, a przez odcienie gorącej czerwieni, fioletu i granatu przeświecały gwiazdy. Jednak nie zachowałem ciszy na długo: — Nie powiesz mi chyba, że zamierzasz przesiedzieć tutaj całą noc?
— Oh? A czemu nie? — Może mi się wydawało, ale chyba zobaczyłem wyzywający blask w jej oczach.
Wzniosłem oczy ku niebu. Czy ona jest aż tak uparta?
— Zresztą, nieważne. Jak właściwie funkcjonuje to stado? Chyba znasz je dłużej ode mnie. — Uznałem tę okazję za dobrą, by dowiedzieć się nieco o tej całej gromadce, do której tego rana dołączyłem. Tak na dobrą sprawę, nawet nie wiedziałem, jak wiele kotów tu należy, ani jak daleko sięgają tereny stada. Nie wiedziałem także, jak długo tu pobędę i czy zdecyduję się zostać na dobre...

<Shira?>
  ✐ 562 słowa
+15 SK

Od Neitrasa-C.d. Shiry

Długi czas wlokłem się z opuszczoną ze zmęczenia głową, nie wiedząc, dokąd mnie zaprowadzą łapy. Szukałem tylko jakiegoś miejsca do spoczynku, by móc w spokoju zasnąć i zapomnieć o bólu w barkach, w miejscu, gdzie znajdowała się nadal nie zagojona, dokuczliwa rana sprzed dwóch dni. Dopadało mnie znużenie, gdy tak zmuszając się do kroku mijałem drzewa. Nie myślałem o tym, by użyć swojej umiejętności w celu uniknięcia potencjalnego zagrożenia, a przecież w tym stanie bardziej przydałby mi się odpoczynek, aniżeli kłopoty. Mimo tego nadal starałem się pozostać zaalarmowany i przytomny na otoczenie; wkrótce, dzięki swojej ostrożności, nie dałem się zaskoczyć bliską obecnością nieznajomego kota.
Przyglądałem się chwilę obcej sylwetce, po której uznałem ów ktosia za kotowatego. Gdy kotka zwróciła swoją uwagę ku najbliższym krzakom, a ja uznałem ją za niegroźną, bez uprzedzenia wyskoczyłem z ukrycia lądując bezszelestnie na ziemi.
Jej następne słowa, „Wystraszyłeś mnie!” utwierdziły mnie w przekonaniu, że nie mam się czego obawiać z jej strony, więc uznałem za dobrą opcję grać ufnego, przyjaznego kota. Czyżby kocica była samotniczką? Przedtem wyczułem zapach stada niedaleko, ale znajdowaliśmy się kawałek od ich granic; pilnowałem się, by nie wchodzić na terytorium wroga.
Nieznajoma zdawała się wyjątkowo łatwo mi zaufać, bo zaproponowała od razu przyjaźnie zaprowadzić mnie do Alfy swojego stada, co przyjąłem z zaskoczeniem i podejrzliwością. Jednak odrzuciłem wątpliwości i po prostu dałem się ponieść, gdziekolwiek mnie ta samica chciała zabrać – może w końcu będę mógł zasłużenie odpocząć? Miło byłoby natrafić w końcu na jakieś dobre stado... Ani na chwilę nie zwątpiłem, że gdyby sprawy przybrały tam niekorzystny dla mnie obrót, mógłbym po prostu zwiać i poszukać lepszego stada.
Zastałem na miejscu młodą gepardzicę, z którą pogadałem chwilę, starając się odpędzić znużenie i sprawiać wrażenie jak najbardziej zrelaksowanego, a chwilę potem zostałem z uśmiechem Alfy przyjęty do Stada Adamantium. Nie obiecałem jej, że długo tu pobędę – wolałem zapoznać się ze wszystkim i wszystkimi, a potem stwierdzić, czy chcę oficjalnie należeć do stada. Na razie za to zagwarantowane miałem miejsce na odpoczynek!
Natchniony wizją długiego, spokojnego snu truchtałem przez łąki stada, szukając jakiegoś wyżej położonego punktu – na pewno gdzieś znalazłoby się jakieś drzewo w zacisznym miejscu, nie?
W taki sposób wypatrzyłem z daleka pewną plamę czającą się wśród wysokiej trawy na sarnę i podtruchtałem w tę stronę nonszalancko, nie dbając o to, czy zwierzyna mnie dostrzeże.
— To ty — stwierdziła, jak się okazało, ta sama pantera z wcześniej. — Przyszedłeś w złym momencie, wiesz? Właśnie uciekło moje śniadanie — mruknęła, jednak bardziej z żalem w głosie niż wyrzutem.
— Ah, wybacz. — Zaśmiałem się bez cienia radości. W moim głosie było słychać więcej zmęczenia, niż chciałem pokazać Shirze. — Pozwolisz, że pozostanę ci dłużny stracone śniadanie? Kiedyś ci za to odpłacę.
— Hm... — Spojrzała na mnie uważnie. — Jak długo nie spałeś, Neitrasie?
— Wyglądam na aż tak zmęczonego? — mruknąłem, zawodząc się na samym sobie i tym, jak nie udało mi się już dłużej ukryć swojego wyczerpania. W każdym razie mijając kocicę odpowiedziałem głośniej: — Nie spałem na tyle długo, by móc teraz walnąć się w cieniu drzew i nie wstawać tak długo, aż nie przyjdzie zima.
— Ah, a... A co z twoją spłatą długu? — zapytała, unosząc brwi. Ah, no tak, już zapomniałem, że jej coś obiecywałem...
— Priorytety są priorytetami — zawołałem oddalając się. — Co oznacza: spanie. Adiós.
Mimo tego kocica po krótkim wahaniu ruszyła uparcie za mną i nie wyglądało na to, by chciała się wkrótce odczepić. A jednak nic o tym nie mówiła, tylko za mną cicho podążała.
— No, czego chcesz? — zapytałem w końcu zaciekawiony.

<Shira?>
✐ 596 słów
+15 SK

Neitras!


Imię: Neitras
Pseudonim: Do tego, jak go wołają, podchodzi ten samiec wyjątkowo obojętnie. Naprawdę, możesz nawet rzucać w niego obraźliwymi przezwiskami, a on jedynie machnie na to łapą; już się do tego przyzwyczaił.
Wiek: 4 lata
Płeć: Samiec
Stopień: Początkujący
Gatunek: Pantera śnieżna
Głos: Set It Off
Stanowisko: Wojownik
Charakter: Na ogół Neitras jest spokojnym i rozważnym, jednak ciekawskim samcem, którego intrygują sprawy wcale go nie dotyczące. Lubi wtykać nos w nie swoje sprawy i wyrażać swoje zdanie na każde tematy, a gdy już się odezwie, to z dozą sarkazmu i niezachwianej pewności co do swoich racji. Chce o innych wiedzieć wszystko, ale ze swojej strony nie da żadnych informacji. Nie jest zbyt gadatliwy, gdy przychodzi do niego samego oraz jego tajemniczych spraw, a jest dobry w wymigiwaniu się od niechcianych tematów. Neitras wie za to dobrze, jak wydobyć z kogoś upragnione informacje. Nie jest on naiwnym i nazbyt przyjaznym kotem, z którym łatwo jest się spoufalić.
Wydawać by się mogło, że ciężko tego samca wytrącić z równowagi. Z natury jednak Neitras jest wyjątkowo... porywistym stworzeniem. Przyjemność znalazł w zabijaniu i we walce, towarzyszącej jej adrenalinie oraz satysfakcji z wygranej – dlatego też kot ten, sprowokowany, nie wahałby się rzucić z drżącymi z ekscytacji pazurami na godnego przeciwnika. Tak, może i jest sadystyczny, czasem postępuje brawurowo, pod wpływem nagłego impulsu - ale nie zrozumcie mnie źle! Neitras nie jest głupcem, wie, kiedy powinien porządnie zastanowić się nad swoimi czynami, a kiedy może dać się ponieść chwili. Jest rozważny, a decyzje podejmuje szybko, ponieważ umie błyskawicznie ocenić sytuację i pozycję, w jakiej się znajduje.
Żywioł: Krew
Moce:
Potrafi całkowicie kontrolować krew (naraz jedynie jednego) jakiegokolwiek żywego stworzenia; wśród wszystkich zastosowań tej mocy, Neitras upodobał sobie odcinanie dopływu krwi do różnych części ciała ofiary, aby ją uśmiercić.
Jest niezwykle wyczulony na zapach krwi, dzięki czemu umie wyczuć każdą żyjącą istotę w promieniu trzech kilometrów, określić jej kształt i wielkość. To właściwie bardzo przydatna umiejętność do polowań.
Neitras nie może pić niczego innego od krwi, a co się z tym wiąże – o ile można to zaliczyć do mocy – kiedy zechce, może wysunąć wampirze kły, by wysuszyć ofiarę ze szkarłatnej cieczy.
Partnerka: -
Rodzina: Prawdziwie wyrodni ojciec i matka, których imiona nie są warte zapamiętania.
Młode: -
Historia: Neitras jako młody kot wychowywał się wśród niezbyt kochających rodziców, a wychowany pod ich presją stał się małym buntownikiem. W swoich najmłodszych latach okazał się bardzo aroganckim prowokatorem, który wdawał się w każdą bójkę lub podsycał inne koty, aby taka zaistniała, gdy tylko nadarzyła się okazja. Nierzadko wpadał na absurdalnie szalone pomysły i wciągał inne koty w kłopoty, z których sam zawsze jakoś uchodził cały. Co dzień widział wszystkie nieprzychylne spojrzenia oraz słyszał obelgi, jakimi go obrzucano, ale na nie nie zważał. Neitras szczerze nienawidził swoich rodziców, którzy byli jeszcze gorsi od pozostałych kotów i nie chcąc problematycznego syna, od dawna pragnęli się go pozbyć. Sprawa pogorszyła się, gdy młody Neit nieszczęsnym przypadkiem po raz pierwszy ujawnił swoje moce kontroli nad krwią i pod wpływem złości zabił jednego z członków stada, w którym żył – wtedy chyba pierwszy raz od dawna szczerze i boleśnie czegoś żałował, ale pomimo swojej skruchy zimnokrwiste stado skazało go na śmierć; cudem udało mu się, jeszcze jako małemu, przerażonemu kociakowi, uciec ze stada i zacząć nowe, samotne życie. Od tego czasu zmienił się i na co dzień prezentuje się on jako spokojny kot, jednak jego sadystyczna i pragnąca widoku krwi strona całkowicie ujawnia się podczas walki...
Ciekawostki:
✧ boi się wody; nie umie pływać
✧ lubi patrzeć na świat z wysoka – upodobał sobie chodzenie po drzewach oraz półkach skalnych
✧ niektóre koty z jego dawnego stada naprawdę postrzegały Neitrasa jako rosnącego psychopatę
✧ uwielbia patrzeć nocą na gwiazdy, chociaż nie ma absolutnie żadnego pojęcia o konstelacjach
✧ lubi uczciwie walczyć "na kły i pazury", jak to ma w zwyczaju wołać, bez używania magii - twierdzi, że to czasami odbiera radość i kończy się za szybko
✧ jeśli Neitras żartuje, to wyłącznie używając czarnego humoru
✧ gdy wypije cokolwiek, co nie jest krwią, z reguły za skutkuje to wymiotami i bólem brzucha oraz gardła, jednak Neitras nigdy nie wypił innej cieczy w ilości większej niż kilka łyków – kto wie, czy by to mu nie wypaliło całkiem żołądka?
Właściciel: Asha999999

Szablon
Karou
Royalog