Spojrzałem w górę, na księżyc, który tej nocy wydawał się świecić jaskrawoczerwonym blaskiem. Bezchmurne niebo zdobiły gwiazdy, na które wpatrywałem się z przyjemnością i nigdy nienasyconym, tym samym zainteresowaniem. Kiedyś od kogoś słyszałem, że gwiazd na niebie jest więcej, niż ziaren piasku na całym świecie.
Upodobałem sobie tę porę dnia; w blasku księżyca i niezakłóconej ciszy zawsze mogłem spokojnie zastanowić się nad swoimi zmartwieniami oraz dalszymi planami.
Minął rok, odkąd jako młode kocię uciekłem ze stada – od swojej rodziny, którą zawiodłem; od problemów i nierozstrzygniętych spraw, które zostawiłem za sobą; a także od śmierci, na jaką zasłużyłem. Nadal za każdym razem, gdy wspominam nieumyślnie zamordowanego przeze mnie niewinnego kota, czuję jakby chłodne szpony zacieśniające się na moim sercu.
Zamknąłem oczy, wsłuchałem się w ciszę, i tak też samotnie zasnąłem wysoko, w mroku jaskini na zboczu bezimiennej góry.
Po krótkim odpoczynku wstałem i wyruszyłem jeszcze przed świtem, i zacząłem poszukiwanie bezpiecznej drogi wśród stromych ścian i wąskich ścieżek góry. Udało mi się po drodze upolować jastrzębia, jednak poza nim nie jadłem i nie zatrzymywałem się więcej aż do wieczoru, kiedy w końcu opuściłem górskie skały i pierwszy raz od kilku dni poczułem świeżą trawę pod łapami. Kochałem skaliste zbocza, ale pomimo tego dobrze było dla odmiany iść też czasem przez równiny.
Nigdzie mi się nie śpieszyło – nie miałem obranego żadnego konkretnego celu, poza kierunkiem, północą. Kilka miesięcy temu spotkałem grupę wędrownych kotów, które doradziły mi kierować się na północ, więc tak postąpiłem w nadziei na trafienie do sławnej stolicy, gdzie przyjaźnie witani są podróżni. Tam mógłbym wzbogacić nieco swoją wiedzę, poznać lepiej kraj, po którym wędrowałem, a – kto wie? – może nawet osiedlić się tam na stałe... choć miałem wrażenie, że zwiedziłem nadal zbyt mało świata, aby zacząć prowadzić osiadły tryb życia i na zawsze zapomnieć o podróżach.
Ten piękny kraj może kryć przede mną jeszcze tak wiele tajemnic, przyznałem sobie w myślach. Stwierdzając, że było wokół mnie zbyt cicho i monotonnie, zastanowiłem się chwilę nad jakąś piosenką, jaką mógłbym zaśpiewać. Przypomniałem sobie starą pieśń śpiewaną między moimi dawnymi współplemieńcami i od razu zacząłem ją sobie cicho nucić pod nosem, kołysząc się w rytm na boki. Przerwałem ją w pół tekstu, usiłując sobie przypomnieć, jak dalej szła – bez skutku. Ostatecznie poddałem się.
— Hm, czy jestem spragniony? — zapytałem sam siebie.
— Tak, tak... Pora się nieco orzeźwić — odpowiedziałem samemu sobie.
Cóż, samotność potrafi zmienić kota, nawet najporządniejszego z czasem zamieniając w szaleńca.
Dobrze, że ja jeszcze nie postradałem całkiem zmysłów. Tak myślę.
Wkrótce coś okazało się jednak... nadzwyczajne, gdy sięgając swoją umiejętnością niedaleko, wyczułem małe stworzenie, ale o niesamowicie silnym i wyjątkowym zapachu krwi. Dla mnie istota ta wyglądała już na wyjętą spod prawa, co skłoniło mnie, oczywiście, do przekonania się, czym była.
Zrobiłem kilka śmiałych, ciekawskich kroków i natrafiłem na wylegującego się na nagrzanym kamieniu w pełni blasku słońca małego... smoka! Definitywnie smoka – tych skrzydeł, rogów i paszczy nie można było przypisać do żadnej jaszczurki... a przynajmniej tak długo, jak mówimy o jawie.
Nie zdążyłem porządnie przyjrzeć się stworzeniu, bo ono zerwało się tknięte nagłym impulsem, ale zamiast uciec i nie dać mi się już nigdy więcej zobaczyć, wpadło wprost pod moje łapy.
Mini bestyjka skrzeczała i piszczała podrygując między moimi łapami jak podekscytowane kocię, którego matka wróciła po długim rozstaniu. Nie wiedziałem, co zrobić z rozentuzjazmowanym smokiem, więc po prostu wiodłem za nim zbitym z tropu, ogłupiałym spojrzeniem.
— O matko, jeśli mnie teraz widzisz, Nazgûlu — zawołałem niemalże zrozpaczony, kierując się znów pamięcią ku dawnemu przyjacielowi. — Proszę, nie śmiej się, to poważna sprawa!
I tak jakby tknięty nagłym przypływem dobroci, z prychnięciem otrzepałem łapę wokół której owinął się mały smok i zniżając łeb tak, że w tej chwili utrzymywałem z bestyjką spojrzenie na tym samym poziomie, nie zastanawiając się długo przemówiłem:
— W takim razie, od teraz możesz mi towarzyszyć, młody. Cokolwiek się stało z twoją matką, jestem pewien, że nie każdy napotyka przypadkiem pełnokrwistego smoka łaszącego się do łap, a więc chciałbym cię sobie zatrzymać. — Ja spojrzałem na niego zaciekawiony, on zaskrzeczał z radością. — Nazwę cię... Nazgûl. — Zawahałem się, a moje oczy na chwilę posmutniały. Mimo to uznałem, że to imię pozostawię smokowi – na cześć zmarłego, jedynego przyjaciela. — Tylko się zbytnio do mnie nie przywiązuj — ostrzegłem.
Ale tym, który przywiązywał się coraz bardziej i bardziej do magicznej gadziny, okazałem się ja. Wędrowaliśmy ramię w ramię, a tymczasem smok rósł z dnia na dzień, aż w wieku zaledwie dwóch miesięcy był już dorównującym mi wzrostem gadziną, jeśli nie liczyć faktu, że wyprężając swoją długą, szarą szyję przewyższał mnie dwa razy. Mijały kolejne miesiące, a smok stawał się coraz większy, a także przez innych nieokrzesany i wobec obcych coraz mniej pokorny; słuchał się jedynie mnie, a każdego nieznajomego traktował jak zagrażające mi niebezpieczeństwo – Nazgûl bowiem wyjątkowo dbał o to, by nic mi się nie stało, gdy tylko był w pobliżu. Co na dłuższą metę było upierdliwe i irytujące, ale i tak to doceniałem.
Jednej nocy smok opuścił mnie bez słowa pożegnania, a wrócił do mnie miesiąc później odmieniony; jego zwykle szare jak czysty kamień łuski przeplatały teraz połyskujące krwistoczerwone linie, jak strumyki krwi, tworzące ciekawe wzory na całym ciele Nazgûla. Oczy jego błyszczały niby nowym, mądrzejszym światłem. Rogi urosły mu, wyglądające jak para poplamionych szkarłatną krwią gałęzi, skrzydła nabrały większej rozpiętości.
— Wróciłeś — zawołałem do niego jako słowa powitania, w głębi duszy ciesząc się z jego powrotu. Znów poczułem towarzystwo tego znajomego z dawna uczucia, tak, znajomego... jeszcze sprzed poznania smoka.
~Wróciłem~, potwierdził śląc mi pełen uśmiech. Wtedy smok zaskoczył mnie, po raz pierwszy kiedykolwiek się do mnie odzywając – choć telepatycznie. ~I nadeszła pora na długie wyjaśnienia...~
Siedliśmy obok siebie na trawie, w pełnym blasku księżyca. Nie miałem Nazgûlowi nic do powiedzenia, dlatego to on mówił, a ja jedynie słuchałem.
Opowiedział mi o tym, jak odwiedził kraj smoków, do którego jedynie te majestatyczne stworzenia miały wstęp i o tym, jak przypomniał sobie wszystko – swoje poprzednie życie, język kotów, a także swoje nowe przeznaczenie. Nazgûl okazał się być dużo starszym smokiem, niż myślałem, a po spędzeniu tysiąca lat w nieśmiertelnej formie, miał zostać związany żywiołem krwi z pewnym kotem – przybrał więc śmiertelną postać – postać Nazgûla, przyjaciela, który zmarł z mojej łapy i tym samym mógł odrodzić się w nowej, potężnej formie smoka o żywiole krwi. A jego przeznaczeniem było stać się jednym ze związanym ze sobą kotem.
I tak też mnie i mojego starego przyjaciela łączy ta sama krew, czujemy ten sam ból, a jeśli jeden z nas umrze, zginie i drugi.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Towarzysz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Towarzysz. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 2 września 2018
piątek, 31 sierpnia 2018
Od Solaris- ,,Towarzysz''
Do stada dołączyłam niedawno. Nie znam tu prawie nikogo, więc pierwszym
pomysłem na jaki wpadłam było znalezienie towarzysza. Od alfy
usłyszałam, że może ona mi jakiegoś przydzielić albo mogę poszukać go
sama. Warunkiem jest tylko to, żeby był to smok. Gdzieś kiedyś
słyszałam, -ale nie pamiętam gdzie dokładniej- że smoki kochają złoto i
drogocenne kamienie oraz przedmioty, a skarby najlepiej szukać na plaży
albo w górach. W końcu gdzie skarb, tam bogactwo, a wraz z tym i smok
się znajdzie. Kopanie w piasku to raczej nie moja bajka, a podwodne
królestwo (o ile jakieś istnieje) nie jest moim marzeniem do
przeszukiwania. Prostą drogą eliminacji wybrałam pójście na poszukiwania
w góry. Znając życie poszukiwania będą trwały dość długo, no chyba, że
będę miała trochę szczęścia i szybko go odnajdę. Uznałam, że całe to
poszukiwanie w górach może być świetnym treningiem, więc postanowiłam
ograniczyć użycie moich mocy. Zadowolona ze swojego pomysłu ruszyłam w
stronę gór. Dotarcie tam zajęło ładnych kilka godzin i powoli nadchodził
zmrok. Podobno w górach nocą jest strasznie niebezpiecznie, ale mimo to
postanowiłam już zacząć poszukiwania. Całe szczęście, że jestem kotem
(chociaż dzikim) i widzę w ciemnościach. Nie było tu ani jednej ścieżki,
którą mogłabym pójść. Pełny survival. Postanowiłam przeszukać kamienne
ściany. Problem stanowiło jednak to jak mam znaleźć się po drugiej
stronie, czyli na górze obok, nie wpadając w przepaść je dzielącą. Dla
pewności wrzuciłam tam jakiś kamyk, ale nie usłyszałam odgłosu upadku.
Woda też tam raczej nie płynie. Kawałek dalej dostrzegłam wiszący most.
Nie wyglądał na bezpieczny, ale lepsze coś niż nic. Poszłam w jego
kierunku skacząc z jednej skały na drugą tak, żeby nie upaść. Dotarcie
tam zajęło mi dobrą chwilę, ale dopiero wtedy mogłam ujrzeć most, a
raczej jakąś strasznie niestabilną karykaturę mostu. Jego skład to
głównie kawałki drewna w nieregularnych odstępach i liny. Wtedy pojawiło
się w mojej głowie pytanie czy nie lepiej byłoby przelecieć na drugą
stronę. W tej samej chwili przypomniałam sobie o moim postanowieniu. Nie
i tyle. Wzięłam głęboki oddech i z czystym przerażeń ruszyłam przed
siebie. Na początku poruszałam się bardzo ostrożnie, ale kilka desek po
drodze albo się złamało, albo spadło. Każde takie zdarzenie odbijało się
niemal zawałem mojego serca. W połowie poczułam, że coś się dzieje z
linami. Właśnie w tej sekundzie, nie zważając na nic, pognałam prosto
przed siebie. Ledwo zdążyłam, a jedna z lin się zerwała. Nie będę mogła
już wrócić tą samą drogą. Rozejrzałam się dookoła. Była tam pozostałość
po starej kopalni. Mój czujnik skarbów zaczął pikać. Zawalone
przejście=była kopalnia=złoto i inne skarby=smok. Taki był mój tok
myślenia. Zanim pomyślałam, dzięki mocy zniszczenia rozwaliłam skały
obok. Nosz, do szarego jednorożca by to! Pokręciłam głową na swoje
własne zachowanie przy okazji zastanawiając się czy nie ułożyć tych
kamieni z powrotem na miejsce. Pomysł ten powstrzymał to, że w środku
ujrzałam śpiącego smoka.
-Kim jesteś?-Spytał jakby w myślach.
-Nazywam się Solaris, przybyłam tu, żeby ci zaproponować zostanie moim towarzyszem!-Krzyknęłam.
-Czemuż miałbym zostać towarzyszem wilka? Jaki w tym cel?
-Żaden! Nie sądzisz jednak, że byłoby ciekawiej niż siedzieć w jaskini po kres swoich dni?-Uśmiechnęłam się.
Smok wydawał się zaskoczony moją odpowiedzią. Wydawało mi się, że był poniekąd szczęśliwy.
-Niech będzie. Nazywam Avinash w skrócie, ale tylko dla ciebie, Avi.
-Miło mi cię poznać, Avi.-Podeszłam i dotknęłam go swoim czołem.
-Wzajemnie.-Dodał.
Może to tylko moja wyobraźnia, ale chyba się trochę zawstydził.
-Chodźmy. Zaprowadzę cię na tereny stada do którego należę i przedstawię alfie.
-Wygodniej będzie polecieć.-Dodał.
Wyszedł z "jaskini" i rozłożył skrzydła. Wystarczyło mu zaledwie kilka machnięć nimi, aby znalazł się wysoko na niebie. Skoro zdecydował wracać się w ten sposób...Odbiłam się od skały i doleciałam do niego.
-Lećmy zatem!
Leciałam kawałek przed nim. Alfie przedstawiłam go na następny dzień, ponieważ przez przypadek pomyliłam kierunki to droga zajęła nam znacznie dłużej. Avi od dziś oficjalnie jest moim smoczym towarzyszem i może uważam tak tylko ja, ale i przyjacielem.
-Kim jesteś?-Spytał jakby w myślach.
-Nazywam się Solaris, przybyłam tu, żeby ci zaproponować zostanie moim towarzyszem!-Krzyknęłam.
-Czemuż miałbym zostać towarzyszem wilka? Jaki w tym cel?
-Żaden! Nie sądzisz jednak, że byłoby ciekawiej niż siedzieć w jaskini po kres swoich dni?-Uśmiechnęłam się.
Smok wydawał się zaskoczony moją odpowiedzią. Wydawało mi się, że był poniekąd szczęśliwy.
-Niech będzie. Nazywam Avinash w skrócie, ale tylko dla ciebie, Avi.
-Miło mi cię poznać, Avi.-Podeszłam i dotknęłam go swoim czołem.
-Wzajemnie.-Dodał.
Może to tylko moja wyobraźnia, ale chyba się trochę zawstydził.
-Chodźmy. Zaprowadzę cię na tereny stada do którego należę i przedstawię alfie.
-Wygodniej będzie polecieć.-Dodał.
Wyszedł z "jaskini" i rozłożył skrzydła. Wystarczyło mu zaledwie kilka machnięć nimi, aby znalazł się wysoko na niebie. Skoro zdecydował wracać się w ten sposób...Odbiłam się od skały i doleciałam do niego.
-Lećmy zatem!
Leciałam kawałek przed nim. Alfie przedstawiłam go na następny dzień, ponieważ przez przypadek pomyliłam kierunki to droga zajęła nam znacznie dłużej. Avi od dziś oficjalnie jest moim smoczym towarzyszem i może uważam tak tylko ja, ale i przyjacielem.
<KONIEC>
niedziela, 26 sierpnia 2018
Od Zacka- "Towarzysz"
To było dawno temu. Miałem wtedy około roku, może mniej. Ojciec zabrał mnie na polowanie. Nigdy nie byłem wielkim zwolennikiem zabijania dla zabawy. Dlatego zabierał mnie tylko wtedy gdy cała nasz trójka odczuwała dokuczliwy głód. Mój dom różnił się od terenów sfory. Była to rozległa sawanna. Deszcz był dla wszystkich wybawieniem. A zwierzyna przybywała tylko wtedy gdy emigrowały. Aby zdobyć pokarm i wodę trzeba było dużo się namęczyć. Jednak pomimo to kochałem to miejsce. Ogromne stado Antylop przebiegało przez sawannę. Zająłem swoje miejsce wypatrując najsłabszego osobnika. Gdy ofiara wpadła mi w oko, ruszyłem biegiem tak aby odseparować zwierzę od reszty stada, oraz zagonić je stronę czającego się w wysokiej trawie ojca. Gdy ten wyskoczył i powalił ją na ziemię, zadowolony z siebie podbiegłem do niego.
- Brawo synu spisałeś się.
Pomogłem mu zanieść ofiarę pod drzewo gdzie leżała mama.
- Widzę, że moi chłopcy się spisali - przywitała nas swoim uśmiechem.
Zabraliśmy się za posiłek, po którym udałem się na drzemkę. Było tal gorąco, że nic mi się nie chciało poza snem w cieniu drzewa. Obudziłem się późnym wieczorem i spojrzałem na rodziców którzy leżeli wtuleni w siebie. Uśmiechnąłem się tylko po czym stałem i oznajmiłem.
- Idę się przespacerować.
- Dobrze, tylko nie oddalaj się za bardzo.
- Dobrze mamo, ale jestem już prawie dorosły.
- Dla nas zawszę będziesz naszym małym synkiem.
Ponownie na moim pysku pojawił się uśmiech, po czym ruszyłem biegiem. Wspiąłem się na górkę i zacząłem patrzeć w gwiazdy. Byłem tak zamyślony, że dopiero po chwili dostrzegłem krąg ognia gromadę lwów. W środku znajdowała się rodzina smoków, Dorosłe osobniki były ranne i nie mogły wzbić się powietrze. Zawsze stawałem w obronie słabszych więc ruszyłem na pomoc. Skoczyłem w ogień lecz dwa dorosłe wilki były martwe. Jeden samiec ruszył w stronę nory skąd dochodził płacz. jednak uprzedziłem go w środku znajdował się malec. Miał może około miesiąca, stanąłem w jego obronie. Jednak samce były starsze i silniejsze. jedyne wyjście z tej sytuacji jakie przyszło mi do głowy to wyjąć szczeniaka i wiać. Tak jak pomyślałem tak uczyniłem. jako młody sprytny i zwinny lew miałem przewagę i udało mi się uciec. Zabrałem młodego smoka do domu i pokazałem go rodzicom. Bez wahania wzięliśmy go pod naszą opiekę. Minęło kilka dni zanim mały się przyzwyczaił do naszej rodziny i zdradził nam swoje imię. Wraz z Hitachim wychowywaliśmy się, byliśmy nierozłączni. Chociaż jego serce było inne niż moje a ja nie mogłem powstrzymać zapędów do zemsty. Mimo to zaakceptowałem go takim jakim jest. Gdy postanowiłem opuścić rodzinny dom Hitachi ruszył ze mną. Razem dotarliśmy do nowego stada, chociaż obawiałem się, że coś mu odwali i zacznie atakować lwy. Póki co udaje mi się go ukrywać i odciągać od tarapatów.
- Brawo synu spisałeś się.
Pomogłem mu zanieść ofiarę pod drzewo gdzie leżała mama.
- Widzę, że moi chłopcy się spisali - przywitała nas swoim uśmiechem.
Zabraliśmy się za posiłek, po którym udałem się na drzemkę. Było tal gorąco, że nic mi się nie chciało poza snem w cieniu drzewa. Obudziłem się późnym wieczorem i spojrzałem na rodziców którzy leżeli wtuleni w siebie. Uśmiechnąłem się tylko po czym stałem i oznajmiłem.
- Idę się przespacerować.
- Dobrze, tylko nie oddalaj się za bardzo.
- Dobrze mamo, ale jestem już prawie dorosły.
- Dla nas zawszę będziesz naszym małym synkiem.
Ponownie na moim pysku pojawił się uśmiech, po czym ruszyłem biegiem. Wspiąłem się na górkę i zacząłem patrzeć w gwiazdy. Byłem tak zamyślony, że dopiero po chwili dostrzegłem krąg ognia gromadę lwów. W środku znajdowała się rodzina smoków, Dorosłe osobniki były ranne i nie mogły wzbić się powietrze. Zawsze stawałem w obronie słabszych więc ruszyłem na pomoc. Skoczyłem w ogień lecz dwa dorosłe wilki były martwe. Jeden samiec ruszył w stronę nory skąd dochodził płacz. jednak uprzedziłem go w środku znajdował się malec. Miał może około miesiąca, stanąłem w jego obronie. Jednak samce były starsze i silniejsze. jedyne wyjście z tej sytuacji jakie przyszło mi do głowy to wyjąć szczeniaka i wiać. Tak jak pomyślałem tak uczyniłem. jako młody sprytny i zwinny lew miałem przewagę i udało mi się uciec. Zabrałem młodego smoka do domu i pokazałem go rodzicom. Bez wahania wzięliśmy go pod naszą opiekę. Minęło kilka dni zanim mały się przyzwyczaił do naszej rodziny i zdradził nam swoje imię. Wraz z Hitachim wychowywaliśmy się, byliśmy nierozłączni. Chociaż jego serce było inne niż moje a ja nie mogłem powstrzymać zapędów do zemsty. Mimo to zaakceptowałem go takim jakim jest. Gdy postanowiłem opuścić rodzinny dom Hitachi ruszył ze mną. Razem dotarliśmy do nowego stada, chociaż obawiałem się, że coś mu odwali i zacznie atakować lwy. Póki co udaje mi się go ukrywać i odciągać od tarapatów.
poniedziałek, 25 września 2017
Od Teptisa - "Towarzysz"
Wreszcie
odnalazłem stado. Stado, do którego mnie przyjęto. W którym będę mógł
dołączyć do wielkiej społeczności, założyć rodzinę, znaleźć
przyjaciół...Wypełniłem wolę ojca dzięki czemu było mi lżej na sercu.
Jak dalej potoczy się moje życie? Czy spełnią się moje najskrytsze
marzenia? Tego nie wiem i dowiedzieć się nie mogę, przynajmniej teraz.
Otworzyłem oczy. Przez wejście do mojej jaskini wlatywało jasne światło
słońca, dzięki któremu robiło się nieco przytulniej. Westchnąłem i
powoli podniosłem się na nogi czując odrętwienie w ciele. Przeciągnąłem
się i wolnym krokiem wyszedłem na zewnątrz, mrużąc oczy, ponieważ
słoneczny promień padł na mój pysk. Machnąłem ogonem odstraszając
irytującą, grubą muchę. Co można by dzisiaj zrobić...? Zwiedziłem już
większość terenów należących do Stada Adamantium jednak nie wszystkie.
Może by tak dokończyć zwiedzanie? Jak postanowiłem, tak zrobiłem. W
sumie nie miałem nic innego do roboty, dlatego też szybko podjąłem
decyzję i zeskoczyłem ze skały, na której znajdowała się moja jaskinia, a
kiedy już byłem na dole obrałem kierunek wschodni. Trawa muskała
delikatnie łapy oraz opuszki, co było całkiem przyjemne. Ptaki śpiewały
przekrzykując się wzajemnie, a na niebie chmur było niewiele.
Spacerowałem piaszczystą ścieżką wiodącą przez środek jakiegoś lasu.
Liście przybrały już kolor żółty, niektóre czerwony, a jeszcze inne
brązowy. Właśnie zaczęła się jesień; robiło się coraz chłodniej i choć
pogoda niezbyt na to wskazywała, można było wyczuć ją w powietrzu.
Zamyśliłem się i szedłem właściwie tam, gdzie mnie nogi poniosły. W
końcu sam to zauważyłem i potrząsnąłem głową, by odgonić uparte myśli,
które znów chciały zalać mnie swoją falą. Spojrzałem w górę. Słońce
miało zupełnie inne położenie niż poprzednio, a mnie bolały łapy. I
gdzie ja w ogóle się znajduję? Skupiłem się i poczułem na barkach lekkie
swędzenie. Mój umysł wyobraził sobie jak powoli wyrastają skrzydła,
trzeszcząc cicho i strzelając delikatnie. Po chwili były gotowe.
Uśmiechnąłem się pod nosem machając nimi raz na próbę. Przydatna
umiejętność- pomyślałem i wzniosłem się w powietrze. Leciałem w górę
miarowo uderzając elektrycznymi skrzydłami aż uznałem, że z wysokości na
której się znajduję dokładnie ujrzę moje położenie. Rozejrzałem się
wokół. Daleko pode mną widniał ciemny pas lasu ciągnący się od horyzontu
stamtąd skąd przybyłem. W oddali ujrzałem Jezioro Łez, a kiedy
spojrzałem na południe ujrzałem szczyty jakichś gór, na których leżał
śnieg. Nie słyszałem dotąd o takim terenie.
-Chciałbyś być moim towarzyszem?-spytałem, a on syknął i pokiwał parę razy głową. Uśmiechnąłem się znowu.
-Dobrze. Od razu cię polubiłem, wiesz?- to była prawda. Od początku czułem do niego sympatię.
-Tylko, jakby cię nazwać...Jesteś samcem?- kiwnął łbem na potwierdzenie. Hmmmm, jakie by mu nadać imię?
-Co powiesz na Alharisa?- w końcu udało mi się coś wymyślić. Zwierzę skrzeknęło i podeszło, kładąc mi swoją głowę na grzbiecie. Zaśmiałem się cicho, co mówiąc szczerze dość rzadko mi się zdarza i znów pogłaskałem go po pysku.
-A więc Alharisie, musimy iść do Cziki i powiedzieć jej, że od dziś jesteś moim towarzyszem.- jego odpowiedzią było tylko westchnienie. Cieszyłem się w duszy, byłem tu od krótkiego czasu, a już znalazłem przyjaciela. Ciekawe co będzie dalej?
Być może nie należał do Stada Adamantium,
być może kryły się tam niebezpieczeństwo i groza, jednak ja, niezbyt
ciekawski dziki kot, postanowiłem zobaczyć co się tam znajduje. A, że
bolały mnie nogi postanowiłem nie iść tam, a polecieć. I poleciałem,
czując przyjemnie chłodny wiatr. Zajęło mi to trochę czasu, gdyż góry
były daleko. Kiedy w końcu unosiłem się nad jednej z ośnieżonych półek
skalnych poczułem obezwładniające zmęczenie. Wylądowałem na niej
wzbijając w górę śnieg. Półka była długa i szeroka, zmieściła by się na
niej całkiem spora ciężarówka. Wszędzie leżał biały jak cukier śnieg. Na
środku leżała spora zaspa, gdzieniegdzie pofałdowana. Skrzydła
zniknęły, póki co nie były potrzebne. Machnąłem ogonem i postąpiłem krok
do przodu. Zapadłem się po pierś. Próbowałem wyskoczyć, ale coś oplotło
mi się wokół tylnej nogi. Zaniepokoiłem się i zacząłem się wyrywać. Nie
czułem zimna, aczkolwiek perspektywa bycia trzymanym przez jakieś "coś"
oplatające się wokół nogi przyjemne nie było. Nie mogłem unieść tej
łapy, to co mnie trzymało ciągnęło w dół za każdym razem kiedy
próbowałem. Skupiłem się chcąc utworzyć elektryczną otoczkę, ale nie
wyszło. I wtedy zaspa przede mną zaczęła się ruszać. Najpierw pojawiła
się długa, granatowa głowa, ozdobiona w długie lodowe kolce wyglądające
niczym korona, potem wąski tułów, również wyposażony w szpikulce choć w
mniejszej ilości, następnie przednie i tylne łapy z groźnie
wyglądającymi pazurami, a na koniec to "coś" puściło moją nogę i ze
śniegu wyłonił się długi ogon. Nie powiem, zatkało mnie. Smok stał
przede mną przyglądając mi się uważnie i z godnością. Był koloru jasno
granatowego, miejscami prawie całkiem białego. Na jego ciele, oprócz
kolców z lodu na głowie, piersi, barkach i brzuchu gdzieniegdzie leżał
śnieg, lśniący w promieniach słońca. O dziwo, nie topił się nawet kiedy
zwierzę dość długo stało bez ruchu, oświetlane wciąż jeszcze ciepłym
światłem słonecznym. Nie byliśmy wysoko, ale i tak wiał zimny wiatr
tarmosząc moje futro i sprawiając, że musiałem przymknąć lekko oczy. Nie
czułem strachu, choć się temu sam dziwiłem. Czułem tylko niepokój,
zdziwienie, ale i pewną radość. Pierwszy raz w życiu spotkałem smoka tak
pięknego jak ten. A on, jakby wiedząc, że mnie zafascynował stał w
bezruchu i wydawać się mogło, że pozwala się podziwiać. Obserwował mnie
tylko swoimi cudnymi, błękitnymi jak ocean ślepiami. I ja również nie
spuszczałem z niego wzroku. Nie przejmowałem się tym, że może to jeden z
wrogich nam smoków, tylko podziwiałem to niesamowite stworzenie. Minuty
mijały, a my nadal w milczeniu się sobie przyglądaliśmy. Słychać było
tylko nieustanny szum wiatru i oddech smoka. I wtedy napotkałem
spojrzenie jego przepastnych oczu. Zatopiłem się w nich jak tonący w
wodach oceanu. I ujrzałem coś niezwykłego. W oczach zwierzęcia widniała
potężna śnieżyca, lecz jego spojrzenie nie było groźne. Miałem wrażenie,
jakbym znalazł się w samym jej środku. Wiatr szaleńczo uderzał w moje
ciało, jakby chcąc mnie wywrócić, a śnieg oblepiał moje futro. Leciał w
oczy, musiałem je więc zmrużyć..Zamknąłem oczy chcąc oderwać od smoka
spojrzenie. Po chwili jednak znów je otworzyłem i skierowałem wzrok tam
gdzie poprzednio. Ale nie ujrzałem nic, tylko ten piękny błękit.
Westchnąłem cicho, a stworzenie nagle poderwało głowę do góry, wzniosło
się na tylnych nogach przednie trzymając w powietrzu i uniosło ogon, aby
uderzyć nim o ziemię. Ziemia pod moimi łapami się zatrzęsła, słońce na
sekundę przesłonił jakiś cień i poczułem, że nie mam oparcia. Ostatnie
co usłyszałem zanim spadłem to przeszywający zew smoka.
***
Otworzyłem oczy. Wokół panowała ciemność i wydawało mi się, że byłem sam, jednak od razu zmieniłem zdanie, gdy ujrzałem dwa błękitne światełka w ciemności. Przypomniałem sobie wszystko co się zdarzyło i doszedłem do wniosku, że muszą to być oczy zwierzęcia, które sprawiło, że ziemia pod moimi nogami się rozstąpiła. Wstałem próbując zachowywać się bezszelestnie, by nie wzbudzić podejrzeń stworzenia i wydawało mi się, że odniosłem sukces, jednak przeliczyłem się. Światełka zniknęły, usłyszałem ledwo dosłyszalny szelest i coś delikatnie chwyciło mnie za kark, jak małego kociaka. Chciałem się wyrwać, ale usłyszałem ostrzegawczy skrzek dochodzący z czegoś tuż nad moją głową. Oczywiście był to smok. Zamarłem, mając wrażenie jakby za chwilę miał on coś mi zrobić. Całe szczęście nic takiego nie nastąpiło, tylko poczułem jak się przemieszczamy. Czułem się dziwnie, sam na sam z legendarnym zwierzęciem w ciemności, który złapał mnie tak delikatnie, że nie czułem bólu i przemieszczał się nie wiadomo gdzie. Wisiałem tak w jego zębach (najprawdopodobniej) trochę czasu, aż ciemność zaczęła się rozstępować i po krótkiej chwili przepełzliśmy (?) przez wąski otwór w skale na powierzchnię ziemi. Odetchnąłem w myślach z ulgą gdyż obawiałem się, że w mroku nadziejemy się na coś lub po prostu wjedziemy w ścianę. Całe szczęście nic takiego się nie stało. Zostałem powoli opuszczony na ziemię i uwolniony od pyska smoka. Odwróciłem się i ujrzałem jego, leniwie przesuwającego ogonem po śniegu.
-Co to wszystko ma znaczyć? Czemu spadłem i czemu mnie stamtąd wyciągnąłeś?- dobra, nie najlepsze rozpoczęcie rozmowy, ale byłem po prostu zdezorientowany. Stworzenie wyprostowało się dumnie i wydało się z siebie dźwięk podobny do skrzeknięcia.
-Niestety cię nie rozumiem.- wyjaśniłem otrząsając się ze śniegu. Smok machnął przednią łapą.
-No dobrze. Muszę już iść, niedługo będzie noc, a zanim ona nadejdzie chcę znaleźć się w domu. Żegnaj, smoku- wytłumaczyłem, gdyż zauważyłem, że słońce zaczęło powoli chylić się ku zachodowi. Dotarło do mnie, że tam na dole byłem przez dłuższy czas. Odwróciłem się. Może było to głupie, ale byłem pewny, że gdyby był mi nieprzyjacielem już bym nie żył. Postąpiłem krok na przód i usłyszałem cichy skrzek.
-Muszę.- powiedziałem patrząc przez ramię i znów zrobiłem jeden krok. Nagle usłyszałem szelest ciała przesuwającego się po śniegu, coś, pewnie zęby złapały mnie za kark i zostałem rzucony w tył, na granatowy grzbiet. Na szczęście nie na kolce, bo byłoby ze mną kiepsko. Zanim zdążyłem zeskoczyć, zwierzę uniosło się na tylne łapy, przez co musiałem złapać się za lodowe szpikulce przede mną aby nie spaść i zeskoczyło z półki.
-Co ty robisz?! Nie masz skrzydeł!- krzyknąłem do smoka, lecz on tylko syknął w odpowiedzi. Uznałem go za wariata, a sam byłem pewny, że za chwilę zginę. Ziemia zbliżała się bardzo szybko, jednak nagle poczułem szarpnięcie i po chwili zobaczyłem, że się wznosimy. Znowu mnie zatkało. Smok, który nie ma skrzydeł umie latać? Poruszał się tak jakby płynął w powietrzu, jego ciało falowało. Spojrzałem w dół. Pod nami przesuwały się lasy, polany i strumienie. Lecieliśmy bardzo wysoko i dosyć szybko, ale z łatwością udawało mi się utrzymać na jego grzbiecie. Czułem radość. To było zupełnie coś innego od latania dzięki własnym skrzydłom.
-Wiesz gdzie lecisz?- krzyknąłem, a mój "wierzchowiec" odwrócił łeb i pokiwał nim. I faktycznie, co było dziwne, leciał w stronę skąd przyszedłem. Po paru minutach wylądowaliśmy tuż pod moją jaskinią. Zeskoczyłem z niego i przeciągnąłem się.
-Było świetnie.- pogłaskałem go po głowie uśmiechając się lekko.
-Muszę iść.- wyjaśniłem z westchnieniem i odwróciłem się.Jakże się zdziwiłem, kiedy smok wydał z siebie jęk! Spojrzałem na niego. Wpatrywał się we mnie swoimi pięknymi oczami, a mi przyszło coś do głowy.
Otworzyłem oczy. Wokół panowała ciemność i wydawało mi się, że byłem sam, jednak od razu zmieniłem zdanie, gdy ujrzałem dwa błękitne światełka w ciemności. Przypomniałem sobie wszystko co się zdarzyło i doszedłem do wniosku, że muszą to być oczy zwierzęcia, które sprawiło, że ziemia pod moimi nogami się rozstąpiła. Wstałem próbując zachowywać się bezszelestnie, by nie wzbudzić podejrzeń stworzenia i wydawało mi się, że odniosłem sukces, jednak przeliczyłem się. Światełka zniknęły, usłyszałem ledwo dosłyszalny szelest i coś delikatnie chwyciło mnie za kark, jak małego kociaka. Chciałem się wyrwać, ale usłyszałem ostrzegawczy skrzek dochodzący z czegoś tuż nad moją głową. Oczywiście był to smok. Zamarłem, mając wrażenie jakby za chwilę miał on coś mi zrobić. Całe szczęście nic takiego nie nastąpiło, tylko poczułem jak się przemieszczamy. Czułem się dziwnie, sam na sam z legendarnym zwierzęciem w ciemności, który złapał mnie tak delikatnie, że nie czułem bólu i przemieszczał się nie wiadomo gdzie. Wisiałem tak w jego zębach (najprawdopodobniej) trochę czasu, aż ciemność zaczęła się rozstępować i po krótkiej chwili przepełzliśmy (?) przez wąski otwór w skale na powierzchnię ziemi. Odetchnąłem w myślach z ulgą gdyż obawiałem się, że w mroku nadziejemy się na coś lub po prostu wjedziemy w ścianę. Całe szczęście nic takiego się nie stało. Zostałem powoli opuszczony na ziemię i uwolniony od pyska smoka. Odwróciłem się i ujrzałem jego, leniwie przesuwającego ogonem po śniegu.
-Co to wszystko ma znaczyć? Czemu spadłem i czemu mnie stamtąd wyciągnąłeś?- dobra, nie najlepsze rozpoczęcie rozmowy, ale byłem po prostu zdezorientowany. Stworzenie wyprostowało się dumnie i wydało się z siebie dźwięk podobny do skrzeknięcia.
-Niestety cię nie rozumiem.- wyjaśniłem otrząsając się ze śniegu. Smok machnął przednią łapą.
-No dobrze. Muszę już iść, niedługo będzie noc, a zanim ona nadejdzie chcę znaleźć się w domu. Żegnaj, smoku- wytłumaczyłem, gdyż zauważyłem, że słońce zaczęło powoli chylić się ku zachodowi. Dotarło do mnie, że tam na dole byłem przez dłuższy czas. Odwróciłem się. Może było to głupie, ale byłem pewny, że gdyby był mi nieprzyjacielem już bym nie żył. Postąpiłem krok na przód i usłyszałem cichy skrzek.
-Muszę.- powiedziałem patrząc przez ramię i znów zrobiłem jeden krok. Nagle usłyszałem szelest ciała przesuwającego się po śniegu, coś, pewnie zęby złapały mnie za kark i zostałem rzucony w tył, na granatowy grzbiet. Na szczęście nie na kolce, bo byłoby ze mną kiepsko. Zanim zdążyłem zeskoczyć, zwierzę uniosło się na tylne łapy, przez co musiałem złapać się za lodowe szpikulce przede mną aby nie spaść i zeskoczyło z półki.
-Co ty robisz?! Nie masz skrzydeł!- krzyknąłem do smoka, lecz on tylko syknął w odpowiedzi. Uznałem go za wariata, a sam byłem pewny, że za chwilę zginę. Ziemia zbliżała się bardzo szybko, jednak nagle poczułem szarpnięcie i po chwili zobaczyłem, że się wznosimy. Znowu mnie zatkało. Smok, który nie ma skrzydeł umie latać? Poruszał się tak jakby płynął w powietrzu, jego ciało falowało. Spojrzałem w dół. Pod nami przesuwały się lasy, polany i strumienie. Lecieliśmy bardzo wysoko i dosyć szybko, ale z łatwością udawało mi się utrzymać na jego grzbiecie. Czułem radość. To było zupełnie coś innego od latania dzięki własnym skrzydłom.
-Wiesz gdzie lecisz?- krzyknąłem, a mój "wierzchowiec" odwrócił łeb i pokiwał nim. I faktycznie, co było dziwne, leciał w stronę skąd przyszedłem. Po paru minutach wylądowaliśmy tuż pod moją jaskinią. Zeskoczyłem z niego i przeciągnąłem się.
-Było świetnie.- pogłaskałem go po głowie uśmiechając się lekko.
-Muszę iść.- wyjaśniłem z westchnieniem i odwróciłem się.Jakże się zdziwiłem, kiedy smok wydał z siebie jęk! Spojrzałem na niego. Wpatrywał się we mnie swoimi pięknymi oczami, a mi przyszło coś do głowy.
-Dobrze. Od razu cię polubiłem, wiesz?- to była prawda. Od początku czułem do niego sympatię.
-Tylko, jakby cię nazwać...Jesteś samcem?- kiwnął łbem na potwierdzenie. Hmmmm, jakie by mu nadać imię?
-Co powiesz na Alharisa?- w końcu udało mi się coś wymyślić. Zwierzę skrzeknęło i podeszło, kładąc mi swoją głowę na grzbiecie. Zaśmiałem się cicho, co mówiąc szczerze dość rzadko mi się zdarza i znów pogłaskałem go po pysku.
-A więc Alharisie, musimy iść do Cziki i powiedzieć jej, że od dziś jesteś moim towarzyszem.- jego odpowiedzią było tylko westchnienie. Cieszyłem się w duszy, byłem tu od krótkiego czasu, a już znalazłem przyjaciela. Ciekawe co będzie dalej?
czwartek, 24 sierpnia 2017
Od Evil- ,,Towarzysz''
Wstałam. Popatrzyłam na świat dookoła mnie otaczający. Ten czasami
niezwykle wkurzający jasny obiekt zwany słońcem dopiero co unosił się
nad linią horyzontu, co uświadomiło mi, że jest jakaś wczesna godzina.
Ziewnęłam głośno i przeciągle jednocześnie machając powłóczystym ogonem.
Byłam zmęczona, kompletnie nie wiem dlaczego, jakoś nogi odmawiały mi
posłuszeństwa, powieki mi się sklejały. Jednak postanowiłam wyjść z
mojego miejsca zamieszkania i po przechadzać się po terenach Stada.
Kluczyłam między drzewami chcąc jakoś otrząsnąć się ze zmęczenia. Nie
pomagało. Potrząsnęłam głową i oglądnęłam się we wszystkich kierunkach
świata sprawdzając czy jest tu coś wartego uwagi. Nagle znieruchomiałam.
Coś dziwnie pachniało... Nie była to zwierzyna łowna ani inny kot.
Wyostrzyłam zmysł węchu i wciągnęłam ponownie powietrze w nozdrza.
Uniosłam głowę, źrenice zmniejszyły się to tego stopnia, że były tylko
jedną kreską. Woń zdecydowanie dochodziła z miejsca, gdzie znajdowała
się Góra Loud. Położyłam uszy po sobie. Ryzyko, niebezpieczeństwo,
adrenalina. To lubię. Ile sił w nogach pobiegłam w stronę źródła
zapachu, a perspektywa nowej przygody dała mi dodatkowy zastrzyk
energii. Z każdy metrem jednak zwalniałam kroku. Góra i wodospad były
na widoku, nie zauważyłam nic nowego czy odmiennego. Brązowawa gleba,
jedna góra, spieniony wodospad i skały dziwnym trafem porośnięte mchem.
- Pogięło was!? Nie po to przemierzyłam tyle drogi by patrzeć na jakieś starożytne góry i wodospady! - krzyknęłam na cały głos aż ptaki poderwały się do lotu. Może to od mojego wrzasku, a może od jednego, wielkiego wstrząsu, który dosłownie pozbawił mnie gruntu pod nogami. Zza skały wychylił się trzykrotnie większy ode mnie stwór, ni to chimera, ni to jednorożec-mutant tylko jeden wielki smok wyrywając półki skalne mieszczące się koło wodospadu i drąc paszczę bez konkretnego powodu. - Co do... - szepnęłam cofając się. Zdecydowanie to nie było nic dobrego, a jeżeli nawet miało przyjazne zamiary to miało dziwne metody nawiązywania przyjaźni. Zmrużyłam oczy. Czego by tu użyć. Zamknęłam ślepia. Siekiera? Miecz? Eliksir? Tomahawk? Maczuga? Trójząb? A może niedźwiedź? W tej chwili nic nie było pożyteczne, nie wytrzymało starcia ze smokiem. Może tak własnoręcznie? Odpada, smok rozmiażdżył by mnie jednym ruchem ogona, który zresztą porośnięty był jakimś rzędem ostrych jak brzytwa kolców. Kruczoczarne smocze ślepia patrzyły na mnie z zainteresowaniem. Tak jak zwierzyna patrzy z politowaniem na swoją ofiarę, która lada chwila zostanie zjedzona. Smok ryknął obnażając rzędy białych kłów, a ja już przygotowywałam się na najgorsze. Lecz bestia, zamiast pochłonąć mnie w odmętach swojego żołądka i innych tam organów wewnętrznych, przybliżyła do mojej klatki piersiowej swój pysk i zaczęła wąchać. Wciągała powietrze aż mi futro falowało. I widać było wyraźnie, że nawet to się jej podoba. Mi nie bardzo, jeżeli już przy tym jesteśmy, ale jaki smok brałby opinię pantery śnieżnej pod uwagę?
- Co ty smoku jeden robisz? - niemożliwe, żeby smok zapałał do mnie sympatią, przecież na kilometry czuć moje nastawienie do świata. A może właśnie o to chodzi? Może ten smok też był aroganckim złośnikiem w wiecznie złym humorze?
Na moje słowa źrenice czarnych jak smoła smoczych oczu rozszerzyły się nieznacznie. Dmuchnął w moją sierść jednym mocnym ruchem płuc i zaczął na mnie patrzeć. Ja wpatrywałam się w niego. Podobno najważniejszy jest kontakt wzrokowy. W bezruchu trwaliśmy przez dobre pięć minut, żadne z nas nie czuło strachu. Machnęłam mocno długim ogonem oznajmiając koniec konkursu "Kto pierwszy się ruszy".
- Dobra smoku... Skoro już się tak dobrze zrozumieliśmy to może czas nadać Ci jakieś imię? - zastanowiłam się. Smok jest... powiedźmy, że duży. Bardzo duży, ale mniejsza z tym. Ale odpowiednie imię dla smoka? Łuskowaty gad przede mną, który czasami mruczał niecierpliwie za każdym razem wypuszczają potworny świst powietrza z nozdrzy. Nigdy nie nadawałam nikomu imienia. Oczekiwałam cudu, aż ktoś ześle mi jakiś wspaniałomyślny pomysł, który przypadnie mi do gustu. - Może zacznijmy od tego czy ty w ogóle jesteś samicą czy samcem? - zapytałam niepewnie za żadne skarby świata nie chcąc tym pytaniem w jakiś sposób rozzłościć czy urazić tę istotę, która jednym skinięciem pazura mogłaby mnie zmieść z powierzchni ziemi. Smok zrezygnowany huknął ogonem o ziemię - okej, okej. Obstawiam, że jesteś samicą... - szepnęłam niepewnie, a smoczyca, jak się okazało, wykrzywiła swój pysk w coś co chyba miało być uśmiechem. Nagle nad moją głową zapaliła się żółta żaróweczka. - Liszka! Liszka. Liszka, Liszka, Liszka. Podoba Ci się? - spytałam z niedowierzaniem, że mój ideał był tak blisko. Liszka pokiwała głową i jeszcze raz przybliżyła swój pysk do mojej klatki piersiowej. Tym razem zamiast wdychać zapach mojego futra, wyciągnęła swój długi język i przejechała mi nim po podgardlu. - No dobra, ale bez zbędnych czułości. - powiedziałam z wyrzutem. Liszka przewróciła oczami i wyprostowała wielkie skrzydło bym mogła na nią wejść - Jesteś pewna? - spytałam, a smoczyca ze zniecierpliwieniem potrząsnęła każdą częścią ciała. Lekko oburzona wdrapałam się na grzbiet Liszki. Zanim zdążyłam wygodnie usiąść i czegoś się złapać by nie spaść łuskowata istota pode mną odbiła wszystkie szpony od ziemi i młóciła powietrze potężnymi skrzydłami by znaleźć się jak najwyżej. Gdzieś tak pod linią puchatych obłoków zatrzymała się i zamarła. Pozwoliła by ciepłe prądy niosły jej ciało przystosowane do latania. Czułam przyjemny, lekki, zimny powiew na skórze pod sierścią.
- Nawet spoko jest tu, na górze. - powiedziałam układając się wygodniej na łuskowatym grzbiecie smoka. - Ale wszystko co dobre kiedyś się kończy. Zaniesiesz mnie tam - do mojego domu? - spytałam wskazując łapą na obiekt zwany moim domem. Z gardła Liszki wydobył się gardłowy, niski dźwięk i już po chwili stanęłam przed moją jaskinią. - Dzięki Liszko. Do zobaczenia jutro! Być może zaprowadzę Cię do Cziki, może pozwoli mi Cię... hmmm... "zaadoptować" - rzekłam poklepując Liszkę po szyi. Pomachałam jeszcze na pożegnanie i ruszyłam w stronę mojego legowiska. Ułożyłam się wygodnie, zamknęłam oczy i oddałam się w objęcia Morfeusza. Śniłam, co wielce zadziwiające, o sobie i, co jeszcze dziwniejsze, o Liszce. Na prawdę mam nadzieję, że Czika pozwoli mi mieć ją za towarzysza. Liszka jest jedynym stworzeniem, poza Delly, która mnie w stu procentach rozumie. Przynajmniej takie sprawia wrażenie.
- Pogięło was!? Nie po to przemierzyłam tyle drogi by patrzeć na jakieś starożytne góry i wodospady! - krzyknęłam na cały głos aż ptaki poderwały się do lotu. Może to od mojego wrzasku, a może od jednego, wielkiego wstrząsu, który dosłownie pozbawił mnie gruntu pod nogami. Zza skały wychylił się trzykrotnie większy ode mnie stwór, ni to chimera, ni to jednorożec-mutant tylko jeden wielki smok wyrywając półki skalne mieszczące się koło wodospadu i drąc paszczę bez konkretnego powodu. - Co do... - szepnęłam cofając się. Zdecydowanie to nie było nic dobrego, a jeżeli nawet miało przyjazne zamiary to miało dziwne metody nawiązywania przyjaźni. Zmrużyłam oczy. Czego by tu użyć. Zamknęłam ślepia. Siekiera? Miecz? Eliksir? Tomahawk? Maczuga? Trójząb? A może niedźwiedź? W tej chwili nic nie było pożyteczne, nie wytrzymało starcia ze smokiem. Może tak własnoręcznie? Odpada, smok rozmiażdżył by mnie jednym ruchem ogona, który zresztą porośnięty był jakimś rzędem ostrych jak brzytwa kolców. Kruczoczarne smocze ślepia patrzyły na mnie z zainteresowaniem. Tak jak zwierzyna patrzy z politowaniem na swoją ofiarę, która lada chwila zostanie zjedzona. Smok ryknął obnażając rzędy białych kłów, a ja już przygotowywałam się na najgorsze. Lecz bestia, zamiast pochłonąć mnie w odmętach swojego żołądka i innych tam organów wewnętrznych, przybliżyła do mojej klatki piersiowej swój pysk i zaczęła wąchać. Wciągała powietrze aż mi futro falowało. I widać było wyraźnie, że nawet to się jej podoba. Mi nie bardzo, jeżeli już przy tym jesteśmy, ale jaki smok brałby opinię pantery śnieżnej pod uwagę?
- Co ty smoku jeden robisz? - niemożliwe, żeby smok zapałał do mnie sympatią, przecież na kilometry czuć moje nastawienie do świata. A może właśnie o to chodzi? Może ten smok też był aroganckim złośnikiem w wiecznie złym humorze?
Na moje słowa źrenice czarnych jak smoła smoczych oczu rozszerzyły się nieznacznie. Dmuchnął w moją sierść jednym mocnym ruchem płuc i zaczął na mnie patrzeć. Ja wpatrywałam się w niego. Podobno najważniejszy jest kontakt wzrokowy. W bezruchu trwaliśmy przez dobre pięć minut, żadne z nas nie czuło strachu. Machnęłam mocno długim ogonem oznajmiając koniec konkursu "Kto pierwszy się ruszy".
- Dobra smoku... Skoro już się tak dobrze zrozumieliśmy to może czas nadać Ci jakieś imię? - zastanowiłam się. Smok jest... powiedźmy, że duży. Bardzo duży, ale mniejsza z tym. Ale odpowiednie imię dla smoka? Łuskowaty gad przede mną, który czasami mruczał niecierpliwie za każdym razem wypuszczają potworny świst powietrza z nozdrzy. Nigdy nie nadawałam nikomu imienia. Oczekiwałam cudu, aż ktoś ześle mi jakiś wspaniałomyślny pomysł, który przypadnie mi do gustu. - Może zacznijmy od tego czy ty w ogóle jesteś samicą czy samcem? - zapytałam niepewnie za żadne skarby świata nie chcąc tym pytaniem w jakiś sposób rozzłościć czy urazić tę istotę, która jednym skinięciem pazura mogłaby mnie zmieść z powierzchni ziemi. Smok zrezygnowany huknął ogonem o ziemię - okej, okej. Obstawiam, że jesteś samicą... - szepnęłam niepewnie, a smoczyca, jak się okazało, wykrzywiła swój pysk w coś co chyba miało być uśmiechem. Nagle nad moją głową zapaliła się żółta żaróweczka. - Liszka! Liszka. Liszka, Liszka, Liszka. Podoba Ci się? - spytałam z niedowierzaniem, że mój ideał był tak blisko. Liszka pokiwała głową i jeszcze raz przybliżyła swój pysk do mojej klatki piersiowej. Tym razem zamiast wdychać zapach mojego futra, wyciągnęła swój długi język i przejechała mi nim po podgardlu. - No dobra, ale bez zbędnych czułości. - powiedziałam z wyrzutem. Liszka przewróciła oczami i wyprostowała wielkie skrzydło bym mogła na nią wejść - Jesteś pewna? - spytałam, a smoczyca ze zniecierpliwieniem potrząsnęła każdą częścią ciała. Lekko oburzona wdrapałam się na grzbiet Liszki. Zanim zdążyłam wygodnie usiąść i czegoś się złapać by nie spaść łuskowata istota pode mną odbiła wszystkie szpony od ziemi i młóciła powietrze potężnymi skrzydłami by znaleźć się jak najwyżej. Gdzieś tak pod linią puchatych obłoków zatrzymała się i zamarła. Pozwoliła by ciepłe prądy niosły jej ciało przystosowane do latania. Czułam przyjemny, lekki, zimny powiew na skórze pod sierścią.
- Nawet spoko jest tu, na górze. - powiedziałam układając się wygodniej na łuskowatym grzbiecie smoka. - Ale wszystko co dobre kiedyś się kończy. Zaniesiesz mnie tam - do mojego domu? - spytałam wskazując łapą na obiekt zwany moim domem. Z gardła Liszki wydobył się gardłowy, niski dźwięk i już po chwili stanęłam przed moją jaskinią. - Dzięki Liszko. Do zobaczenia jutro! Być może zaprowadzę Cię do Cziki, może pozwoli mi Cię... hmmm... "zaadoptować" - rzekłam poklepując Liszkę po szyi. Pomachałam jeszcze na pożegnanie i ruszyłam w stronę mojego legowiska. Ułożyłam się wygodnie, zamknęłam oczy i oddałam się w objęcia Morfeusza. Śniłam, co wielce zadziwiające, o sobie i, co jeszcze dziwniejsze, o Liszce. Na prawdę mam nadzieję, że Czika pozwoli mi mieć ją za towarzysza. Liszka jest jedynym stworzeniem, poza Delly, która mnie w stu procentach rozumie. Przynajmniej takie sprawia wrażenie.
The End
Od Reiko - "Towarzysz"
Ten dzień zaczął się całkiem zwyczajnie. Wstałam i leniwie
przeciągnęłam się, dokładnie rozciągając wszystkie kończyny. Wyszłam z
mojej jaskini i od razu oślepił mnie blask promiennego słońca, które
mnie przywitało. Właśnie wschodziło, co oznaczało dosyć wczesną porę.
Jako wojownik muszę być w dobrej formie, a oprócz tego lubię sprawność
fizyczną, dlatego ten dzień zaczęłam od małego treningu, co miało mnie
obudzić i dodać siły. Tak też się stało. W lesie nieco sobie pobiegałam i
poskakałam po drzewach. Kiedy zobaczyłam pewne wzniesienie, od razu
wykorzystałam to i rozpędziłam się, a następnie wyskoczyłam w górę i
poleciałam w stronę najbliższej chmurki. Przebiłam się przez nią i
głośno zaśmiałam, kiedy z niej wyleciałam. Popatrzyłam w dół. Obłok
posiadał przebicie, co dosyć śmiesznie wyglądało. Poleciałam dalej
bawiąc się w najlepsze. Użyłam dwóch łap, aby utworzyć wielką kulę
energii, którą pchnęłam w ogromny obłok. Ten rozpłynął się po całym
niebie, a ja radośnie przeleciałam przez jego pozostałości. Wtem w
oddali ujrzałam ptaki, które leciały w grupie. W sumie, to nie jadłam
śniadania, ale z drugiej strony takim ptaszkiem się nie najem. Nie
opłaca się marnować jego życia, dlatego poleciałam nad nimi i rozłożyłam
łapy niczym ptak i szybowałam w powietrzu dotrzymując lotu mniejszym
latającym zwierzątkom. Przestraszyły się mnie i szybko rozleciały w
różne strony. Wtedy zobaczyłam kątem oka, jak coś ogromnego przeleciało w
oddali. Szybko odwróciłam głowę w stronę tego stworzenia... czy ja
dobrze widzę, czy to był smok? Zwierzę szybko zniknęło za ogromną
chmurą. Tak samo prędko ja poleciałam w jego stronę. Jeszcze nigdy nie
miałam kontaktu z tym pięknym stworzeniem. Chcę go zobaczyć bliżej.
Kiedy przeleciałam przez obłok, nikogo nie było w pobliżu. Rozejrzałam się szybko wokoło. Wtedy spostrzegłam pięknego smoka, który właśnie odpoczywał na obłoku... ale jak to? To smoki tak mogą? Może on ma specjalna moc... Smoki mają moce?
Gdy zwierzę dostrzegło mnie, zaczęło mi się dokładnie przyglądać. Stałam (tak, w powietrzu) nieruchomo. Postanowiłam nie patrzeć się w jego stronę, żeby nie odebrało to jako pogardę, czy coś. Nie chcę stracić możliwości kontaktu z nim. Kiedy błądziłam wzrokiem po okolicy, spostrzegłam, iż znajdujemy się nad jakimś ciemnym lasem. Nigdy tutaj nie byłam, a ta okolica nie wygląda przyjaźnie.
W pewnym momencie, zauważyłam jak po terenie lasu w odkrytym miejscu (które widziałam z góry) krąży inny smok. Był o czarnej barwie i nie za przyjaźnie wyglądał. Wycelował jakiś czarny pocisk przypominający ogień w stronę tego, który mi się przyglądał. Ta moc przemieszczała się dosyć szybko, a Powietrzny (tak go nazwijmy) nie dostrzegł niebezpieczeństwa. W tej sytuacji tylko ja mogłam zareagować. Szybko wymierzyłam pocisk kuli energii, która rozproszyła i unieszkodliwiła ciemną magię. Smok na obłoku źle to odebrał i szybko poderwał się do góry. Wydał potężny ryk w moją stronę. Wtedy ten z dołu się odezwał. Powietrzny szybko spojrzał na drugiego i zleciał w dół, mierząc serię pocisków w czarnego.
Nie wiem czemu, ale zamartwiłam się przez chwilę o Powietrznego. Moja ciekawość zaczęła brać górę i chciałam znać wynik tego pojedynku. Zleciałam więc w dół i wylądowałam niedaleko. Smoki żarły się i używały swoich mocy. Odeszłam kawałek, kiedy jeden z pocisków uderzył w drzewo obok mnie, aby czasem nie oberwać i rozglądnęłam się w około. Wszędzie spróchniałe drzewa, czarna ziemia i ta niepokojąca mgła. Nikogo w pobliżu nie było i wróciłam do obserwacji pojedynku, kiedy usłyszałam ciszę, jednak gdy się odwróciłam, na ziemi leżał czarny smok z plamą krwi pod sobą. Powietrznego nigdzie nie było. Przeszłam kawałek przez ciemny las. Zatrzymałam się, kiedy usłyszałam za sobą kroki. Rozejrzałam się nerwowo. Strach rósł, a przez niego zapomniałam zupełnie o tym, że mogę odlecieć, po prostu mnie sparaliżowało. Nikogo nie było w pobliżu, jednak zaraz usłyszałam więcej kroków. Dobiegały z różnych stron, przez co czułam się otoczona. Warknęłam i przyjęłam pozycję do walki, rozkładając równomiernie ciężar ciała, aby być gotowa do ataku lub go odparcia. W tym momencie znad przeciwka mnie wyskoczyła Mantykora. Kiedy rzuciła się w moją stronę, jej atak odparło skrzydło, które pojawiło się obok mnie. Z mgły wyjawił się Powietrzny, który ryknął głośno, a inne stworzenia się spłoszyły. Popatrzyłam się na smoka, który odszedł w inną stronę. Nie wiedząc co zrobić, odruchowo krzyknęłam w jego stronę krótkie "czekaj". Zwierzę odwróciło się w moją stronę. Zrobiłam parę niepewnych kroków w jego stronę. Dalej znajdowaliśmy się w pewnej odległości od siebie. Patrzyłam cały czas na smoka, jednak nie w jego oczy. Stworzenie zrobiło 3 kroki w przód.
Serce zaczęło mi szybciej bić. Byłam jednocześnie podekscytowana i nieco zdenerwowana. A co, jeżeli nie będzie przyjaźnie nastawiony? W końcu smoki są różne i podobno raczej trudno się z nimi dogadać. Dobra, weź się w garść, Rei! Pora na twój krok...
Podniosłam wzrok na oczy smoka. Były przepiękne pełne wdzięku i blasku.
Nie mogłam się w nie przestać wpatrywać, jednak szybko zdecydowałam się na pokazanie smokowi mojej uległości i że nie mam wobec niego złych zamiarów, dlatego ukłoniłam się mu nisko. Po chwili trwania w tej pozycji, znów podniosłam wzrok na smoka. Ten odwzajemnił gest robiąc to samo. To była niesamowita chwila - tak potężne i niezwykłe stworzenie pokazuje, że chce nawiązać z tobą kontakt...
Podeszłam powoli bliżej zwierzęcia. Wyciągnęłam łapę w jego stronę, chcąc dotknąć go, jednak smok na to nie pozwolił. Nieco zrezygnowana wycofałam ruch i powiedziałam do niego łagodne "dziękuję". Postanowiłam opuścić to miejsce jak najprędzej, aby nie spotkać już niczego złego. Wzbiłam się w powietrze nie patrząc co mam za sobą i odleciałam.
W drodze zatrzymałam się na jednym z zachęcająco wyglądających obłoków. Zamyśliłam się na chwilę na temat Powietrznego. Nie powinnam się przejmować tym. Przecież to tylko smok... no właśnie, smok... Niesamowite stworzenie i byłam niego tak blisko. Trudno zapomnieć o takim przeżyciu, tym bardziej po tym, jak się poczuło dziwną więź z tym stworzeniem... Oprócz tego ocalił mnie przed Mantykorami. Może tak powinno być... Ech, no nie ważne. Ta chmurka jest taka mięciutka. To dobry czas na drzemkę. Zamknęłam powoli powieki wtuliwszy się w posłanie.
Ech, ale to jest milusie uczucie jak chmurka łaskocze Cię w brzuch... a oprócz tego ten ciepły wiaterek... ej, no właśnie... to nie jest taki zwykły wiatr. Otworzyłam oczy, a widok, który przed sobą ujrzałam nieco mnie zdziwił, a jednocześnie uszczęśliwił. Na obłoku naprzeciwko siedział Powietrzny i przyglądał mi się, a wiaterek okazał się być jego oddechem. Jego chmura powoli się do mnie zbliżała. Siedziałam nie ruszając się w oczekiwaniu na dalszy ciąg wydarzeń. Kiedy obłoki się złączyły, a smok był już bardzo blisko mnie i dotknął mnie pazurem w głowę.
- Co? - zaśmiałam się nie wiedząc o co mu chodziło.
Smok przebił się przez chmurę i spadał, po czym rozłożył skrzydła i poderwał się w górę. Był paręnaście metrów ode mnie. Powoli uniosłam się w górę i poleciałam w stronę smoka. Kiedy byłam blisko, Powietrzny zaczął uciekać, a gdy spostrzegł, że go nie gonię, ryknął donośnie. Ech, głupia Rei. On chce się bawić! Kiedy to zrozumiałam, szybko poleciałam w jego stronę. Smok od razu zaczął lecieć szybciej, jednak byłam w stanie go dogonić z moimi mocami. Pacnęłam jego ogon i zaczęłam lecieć w przeciwnym kierunku. Bawiliśmy się w najlepsze nad terenem polany, jak i na niej. Smok nieraz się ukrył w chmurach, albo na ziemi. Śmiałam się w najlepsze, a w pewnym momencie ujrzałam z góry, że Czika stoi i z uśmiechem na pysku się nam przygląda. Zatrzymałam się i pomachałam Alfie. Czika mi radośnie pomachała, a smok zaczął mnie delikatnie pacać w ramię, abym go goniła dalej.
Z Powietrznym spędziłam cały dzień z małą przerwą na jedzenie i napojenie. W końcu nadszedł wieczór i myślałam, że będziemy musieli się rozstać. Podleciałam do niego blisko i wciągnęłam łapę w stronę smoka. Zamknęłam oczy. Wtedy smok przyłożył głowę na moich barkach, a ja go pogłaskałam po szyi.
- To do zobaczenia! - powiedziałam do Powietrznego i odleciałam w stronę jaskini.
Kiedy już się w niej znalazłam, zwinęłam się w kłębek i chciałam iść spać, jednak coś mi na to nie pozwoliło. Usłyszałam czyjeś kroki i od razu zerwałam się wstając. Już po chwili w wejściu do jaskini pojawił się smok.
- Czego tu szukasz? - spytałam
Smok usiadł i nie wiedziałam w sumie co zrobić.
- Możesz wejść - uśmiechnęłam się.
Powietrzny od razu zerwał się i wbiegł do jaskini. Mimo, iż zajmował bardzo dużą jej część, jakoś się zmieścił i był w stanie się wygonie ułożyć. Ja położyłam się obok niego, a smok przykrył mnie skrzydłem. Uśmiechnęłam się do siebie i zasnęłam. Następnego dnia będę musiała iść zgłosić Alfie o moim nowym towarzyszu. Mam nadzieję, że nie będzie miała nic przeciwko Ventilate Aerial Air - tak go nazwę, a w skrócie będzie po prostu Air. Wiem, że niedługo będziemy duetem niezastąpionym.
Kiedy przeleciałam przez obłok, nikogo nie było w pobliżu. Rozejrzałam się szybko wokoło. Wtedy spostrzegłam pięknego smoka, który właśnie odpoczywał na obłoku... ale jak to? To smoki tak mogą? Może on ma specjalna moc... Smoki mają moce?
Gdy zwierzę dostrzegło mnie, zaczęło mi się dokładnie przyglądać. Stałam (tak, w powietrzu) nieruchomo. Postanowiłam nie patrzeć się w jego stronę, żeby nie odebrało to jako pogardę, czy coś. Nie chcę stracić możliwości kontaktu z nim. Kiedy błądziłam wzrokiem po okolicy, spostrzegłam, iż znajdujemy się nad jakimś ciemnym lasem. Nigdy tutaj nie byłam, a ta okolica nie wygląda przyjaźnie.
W pewnym momencie, zauważyłam jak po terenie lasu w odkrytym miejscu (które widziałam z góry) krąży inny smok. Był o czarnej barwie i nie za przyjaźnie wyglądał. Wycelował jakiś czarny pocisk przypominający ogień w stronę tego, który mi się przyglądał. Ta moc przemieszczała się dosyć szybko, a Powietrzny (tak go nazwijmy) nie dostrzegł niebezpieczeństwa. W tej sytuacji tylko ja mogłam zareagować. Szybko wymierzyłam pocisk kuli energii, która rozproszyła i unieszkodliwiła ciemną magię. Smok na obłoku źle to odebrał i szybko poderwał się do góry. Wydał potężny ryk w moją stronę. Wtedy ten z dołu się odezwał. Powietrzny szybko spojrzał na drugiego i zleciał w dół, mierząc serię pocisków w czarnego.
Nie wiem czemu, ale zamartwiłam się przez chwilę o Powietrznego. Moja ciekawość zaczęła brać górę i chciałam znać wynik tego pojedynku. Zleciałam więc w dół i wylądowałam niedaleko. Smoki żarły się i używały swoich mocy. Odeszłam kawałek, kiedy jeden z pocisków uderzył w drzewo obok mnie, aby czasem nie oberwać i rozglądnęłam się w około. Wszędzie spróchniałe drzewa, czarna ziemia i ta niepokojąca mgła. Nikogo w pobliżu nie było i wróciłam do obserwacji pojedynku, kiedy usłyszałam ciszę, jednak gdy się odwróciłam, na ziemi leżał czarny smok z plamą krwi pod sobą. Powietrznego nigdzie nie było. Przeszłam kawałek przez ciemny las. Zatrzymałam się, kiedy usłyszałam za sobą kroki. Rozejrzałam się nerwowo. Strach rósł, a przez niego zapomniałam zupełnie o tym, że mogę odlecieć, po prostu mnie sparaliżowało. Nikogo nie było w pobliżu, jednak zaraz usłyszałam więcej kroków. Dobiegały z różnych stron, przez co czułam się otoczona. Warknęłam i przyjęłam pozycję do walki, rozkładając równomiernie ciężar ciała, aby być gotowa do ataku lub go odparcia. W tym momencie znad przeciwka mnie wyskoczyła Mantykora. Kiedy rzuciła się w moją stronę, jej atak odparło skrzydło, które pojawiło się obok mnie. Z mgły wyjawił się Powietrzny, który ryknął głośno, a inne stworzenia się spłoszyły. Popatrzyłam się na smoka, który odszedł w inną stronę. Nie wiedząc co zrobić, odruchowo krzyknęłam w jego stronę krótkie "czekaj". Zwierzę odwróciło się w moją stronę. Zrobiłam parę niepewnych kroków w jego stronę. Dalej znajdowaliśmy się w pewnej odległości od siebie. Patrzyłam cały czas na smoka, jednak nie w jego oczy. Stworzenie zrobiło 3 kroki w przód.
Serce zaczęło mi szybciej bić. Byłam jednocześnie podekscytowana i nieco zdenerwowana. A co, jeżeli nie będzie przyjaźnie nastawiony? W końcu smoki są różne i podobno raczej trudno się z nimi dogadać. Dobra, weź się w garść, Rei! Pora na twój krok...
Podniosłam wzrok na oczy smoka. Były przepiękne pełne wdzięku i blasku. Nie mogłam się w nie przestać wpatrywać, jednak szybko zdecydowałam się na pokazanie smokowi mojej uległości i że nie mam wobec niego złych zamiarów, dlatego ukłoniłam się mu nisko. Po chwili trwania w tej pozycji, znów podniosłam wzrok na smoka. Ten odwzajemnił gest robiąc to samo. To była niesamowita chwila - tak potężne i niezwykłe stworzenie pokazuje, że chce nawiązać z tobą kontakt...
Podeszłam powoli bliżej zwierzęcia. Wyciągnęłam łapę w jego stronę, chcąc dotknąć go, jednak smok na to nie pozwolił. Nieco zrezygnowana wycofałam ruch i powiedziałam do niego łagodne "dziękuję". Postanowiłam opuścić to miejsce jak najprędzej, aby nie spotkać już niczego złego. Wzbiłam się w powietrze nie patrząc co mam za sobą i odleciałam.
W drodze zatrzymałam się na jednym z zachęcająco wyglądających obłoków. Zamyśliłam się na chwilę na temat Powietrznego. Nie powinnam się przejmować tym. Przecież to tylko smok... no właśnie, smok... Niesamowite stworzenie i byłam niego tak blisko. Trudno zapomnieć o takim przeżyciu, tym bardziej po tym, jak się poczuło dziwną więź z tym stworzeniem... Oprócz tego ocalił mnie przed Mantykorami. Może tak powinno być... Ech, no nie ważne. Ta chmurka jest taka mięciutka. To dobry czas na drzemkę. Zamknęłam powoli powieki wtuliwszy się w posłanie.
Ech, ale to jest milusie uczucie jak chmurka łaskocze Cię w brzuch... a oprócz tego ten ciepły wiaterek... ej, no właśnie... to nie jest taki zwykły wiatr. Otworzyłam oczy, a widok, który przed sobą ujrzałam nieco mnie zdziwił, a jednocześnie uszczęśliwił. Na obłoku naprzeciwko siedział Powietrzny i przyglądał mi się, a wiaterek okazał się być jego oddechem. Jego chmura powoli się do mnie zbliżała. Siedziałam nie ruszając się w oczekiwaniu na dalszy ciąg wydarzeń. Kiedy obłoki się złączyły, a smok był już bardzo blisko mnie i dotknął mnie pazurem w głowę.
- Co? - zaśmiałam się nie wiedząc o co mu chodziło.
Smok przebił się przez chmurę i spadał, po czym rozłożył skrzydła i poderwał się w górę. Był paręnaście metrów ode mnie. Powoli uniosłam się w górę i poleciałam w stronę smoka. Kiedy byłam blisko, Powietrzny zaczął uciekać, a gdy spostrzegł, że go nie gonię, ryknął donośnie. Ech, głupia Rei. On chce się bawić! Kiedy to zrozumiałam, szybko poleciałam w jego stronę. Smok od razu zaczął lecieć szybciej, jednak byłam w stanie go dogonić z moimi mocami. Pacnęłam jego ogon i zaczęłam lecieć w przeciwnym kierunku. Bawiliśmy się w najlepsze nad terenem polany, jak i na niej. Smok nieraz się ukrył w chmurach, albo na ziemi. Śmiałam się w najlepsze, a w pewnym momencie ujrzałam z góry, że Czika stoi i z uśmiechem na pysku się nam przygląda. Zatrzymałam się i pomachałam Alfie. Czika mi radośnie pomachała, a smok zaczął mnie delikatnie pacać w ramię, abym go goniła dalej.
Z Powietrznym spędziłam cały dzień z małą przerwą na jedzenie i napojenie. W końcu nadszedł wieczór i myślałam, że będziemy musieli się rozstać. Podleciałam do niego blisko i wciągnęłam łapę w stronę smoka. Zamknęłam oczy. Wtedy smok przyłożył głowę na moich barkach, a ja go pogłaskałam po szyi.
- To do zobaczenia! - powiedziałam do Powietrznego i odleciałam w stronę jaskini.
Kiedy już się w niej znalazłam, zwinęłam się w kłębek i chciałam iść spać, jednak coś mi na to nie pozwoliło. Usłyszałam czyjeś kroki i od razu zerwałam się wstając. Już po chwili w wejściu do jaskini pojawił się smok.
- Czego tu szukasz? - spytałam
Smok usiadł i nie wiedziałam w sumie co zrobić.
- Możesz wejść - uśmiechnęłam się.
Powietrzny od razu zerwał się i wbiegł do jaskini. Mimo, iż zajmował bardzo dużą jej część, jakoś się zmieścił i był w stanie się wygonie ułożyć. Ja położyłam się obok niego, a smok przykrył mnie skrzydłem. Uśmiechnęłam się do siebie i zasnęłam. Następnego dnia będę musiała iść zgłosić Alfie o moim nowym towarzyszu. Mam nadzieję, że nie będzie miała nic przeciwko Ventilate Aerial Air - tak go nazwę, a w skrócie będzie po prostu Air. Wiem, że niedługo będziemy duetem niezastąpionym.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Szablon
Karou
Royalog
Royalog