Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teptis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teptis. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 listopada 2018

Od Teptisa CD Qwintala

Szczerze mówiąc, nie czułem się najlepiej. Pal licho żebra czy inne kaloryfery! Najbardziej uciążliwy w tej chwili był uporczywy ból głowy, który pojawił się właściwie znikąd i nie chciał ustąpić. Leżałem więc nie mając ochoty ruszyć choćby wąsem, raz po raz przymykając oczy.
-Kiedy będzie twój smok? Coraz gorzej wyglądasz...-z beznadziejnego stanu wsłuchiwania się w szumiącą krew w uszach wyrwał mnie zabarwiony niepokojem głos siedzącego parę metrów ode mnie dzikiego kota, który dotrzymywał mi towarzystwa, choć nie musiał. Miło z jego strony.
Uniosłem nieco pysk i spróbowałem wmusić w siebie odrobinę optymizmu i uśmiechnąć, ale chyba z mizernym skutkiem.
-Och, nigdy nie wiadomo kiedy Alharis zechce wrócić na stare śmieci. Ale nie przejmuj się, myślę, że niedługo się zjawi.- tygrys przekrzywił głowę i spojrzał na mnie krzywo, a w jego mimice dostrzegłem oznaki wątpliwości.
-Wiesz, dzięki.- mruknąłem na tyle głośno aby bez problemu zdołał usłyszeć moje słowa. Uniósł brwi pytając wzrokiem.
-Za to, że ze mną tu siedzisz i masz na mnie oko.- machnął łapą i uśmiechnął się.
-Drobiazg.- zapadła cisza, podczas której po raz kolejny przymknąłem oczy, czując nagłą potrzebę snu. Próbowałem z tym walczyć, ale w końcu dałem za wygraną. Udało mi się jedynie wymamrotać:
-Chyba się zdrzemnę.- chwilę potem odpłynąłem, w, mam nadzieję, uzdrawiający sen.

***

Obudził mnie okropnie głośny przeciągły syk, który wdarł się siłą do mojego umysłu i mimo woli zaniepokoił. Uchyliłem ciężkie jak z ołowiu powieki chcąc rozeznać się w sytuacji. To, co zobaczyłem jednocześnie mnie ucieszyło, ale i zmartwiło. Radość wywołał widok mojego towarzysza, który najwidoczniej zjawił się w czasie kiedy spałem. Zaś, to co poruszyło nieco mniej wesołe emocje, to to, że Alharis miotał się i wymachiwał swoją głową zakończoną na długiej szyi tuż przed Qwintalem, który ze zjeżoną sierścią stał przy skalnej ścianie i ostrzegał warcząc, trzymając w górze łapę z wysuniętymi ostrymi pazurami. Smok obnażył zęby, rzucił na obcego wściekłe spojrzenie, grzmotnął ze złością ogonem w ziemię i ryknął, przygotowując się do owiania tygrysa swoim lodowatym oddechem, który mógłby zamrozić w sekundę. Tygrys napiął mięśnie przygotowując się do skoku na atakującego, warcząc coraz głośniej.
-Proszę, przestańcie obydwaj. Łeb mi rozwali, a i nie chce mieć tu walki na śmierć i życie pomiędzy moimi przyjaciółmi.- zmusiłem się do wyrzucenia z siebie tych kilku słów, które choć wypowiedziane szeptem, trafiły do uszu tygrysa i smoka. Alharis cofnął głowę i kiedy ujrzał mnie wydał z siebie cichutki pisk i podpełznął szybko owiewając mnie przyjamnym, chłodnym powiewem.
-Też miło cię widzieć.- mruknąłem nie unosząc głowy, bo czułem się jakbym zaraz miał się rozlecieć w kawałki.
-To twój towarzysz?- spytał Qwintal, nieufnie patrząc na smoka.
-Owszem. Qwintalu, poznaj Alharisa.

<Qwintal?>

wtorek, 23 października 2018

Od Teptisa CD Qwintala

Otworzyłem powoli oczy, będąc chwilę temu obudzony przez dający o sobie znać tępy ból w okolicach mego brzucha. Za jasno, za jasno do pioruna! pomyślałem, od razu na powrót je przymykając, tak by móc patrzeć spod rzęs, lecz aby nie docierało do mnie zbyt wiele sączącego się z zewnątrz, gasnącego powoli światła. Uświadomiłem sobie, że dzień dobiegł swojego celu podczas mojego snu, a słońce dopiero teraz kładło się na spoczynek. Spróbowałem przypomnieć sobie wydarzenia sprzed odpłynięcia w nicość. Las. Wilki. Lot. Upadek i...Obcy kot. Tak, pamiętam. Że też nie zdążyłem podziękować mu podziękować.
Rozejrzałem się po mojej jaskini, będąc pewnym, że oprócz mnie, nikogo w niej nie ma. Wielce się zdumiałem, gdy ujrzałem leżącego pod ścianą...Qwintala. Tak, z pewnością to imię powiedział mi wcześniej. Przekrzywiłem głowę i uśmiechnąłem się krzywo. A niech śpi, co mi tam. Należy mu się. Z braku innych pomysłów, jako, że nie bardzo mogłem się ruszać (gdy tylko spróbowałem, jakby noża pchnięcie wryło mi się w bok, od razu więc zaprzestałem jakiegokolwiek poważniejszego ruchu) ułożyłem głowę na łapach i przymknąłem powieki z nadzieją na sen. Niestety, nie nadszedł, toteż leżałem po prostu wpatrując się już przyzwyczajonymi oczami w zachodzące słońce.

***

Po jakimś czasie mój gość zaczął mruczeć coś przez sen, wzdrygnął się raz czy dwa i obudził się. Rozejrzał się nieco zdezorientowanym spojrzeniem po wnętrzu jaskini i w trakcie tej czynności jego wzrok padł na mnie. Przekrzywił głowę, a w jego oczach pojawił się błysk zrozumienia. Uniosłem pysk widząc to i zmarszczyłem brwi.
-Lepiej się czujesz?- zapytał wstając.
-O tyle o ile.- odparłem krzywiąc się lekko, uderzając ogonem w ziemię w geście bezsilności wobec bólu, który nie pozwalał mi się ruszyć. Qwintal podszedł i zaczął przyglądać się mojemu posiniaczonemu bokowi z niewyraźną miną.
-Możesz wstać?
-Nie bardzo.- odparłem kwaśno, po czym dodałem.- Ale co szkodzi spróbować. Może poprawiło mi się podczas tej dłuższej chwili bezruchu.- już miałem spiąć mięśnie, gdy kot stanowczo mi tego zabronił.
-Potem może być jeszcze gorzej.- tłumaczył cofając się o krok aby rzucić okiem na ciemności panujące na zewnątrz.
-Nie podziękowałem ci jeszcze za pomoc.- zacząłem, po chwili ciszy.- Rad bym uczynić to teraz, przyjmij je, wiedząc o mojej wdzięczności.- Qwintal skinął głową.
-A ja, że mnie nie wygoniłeś.- miałem zamiar machnąć łapą, ale w porę się powstrzymałem.
-Nie sądzę aby było to bardzo poważne.- rzucił mój towarzysz, wskazując pyskiem na mój bok.- Myślę jednak, że mógłbym zawołać lekarza.
-Nie musisz się fatygować. Mój smoczy towarzysz zna się nieco na rzeczy. Nie było go już parę dni, myślę więc, że niedługo się tu pojawi.

<Qwintal?>

piątek, 12 października 2018

Od Teptisa (Do Qwintala)

-Do stu tysięcy rogatych smoków! Licho was przywiało, durne psy.- warknąłem pod nosem, szczerząc kły na zbliżające się do mnie cztery wilki cienia, które prawie szorowały brzuchami po ściółce i ciskały we mnie wściekłe spojrzenia spode łbów.
Postanowiłem zajrzeć do Mrocznego Lasu chcąc tylko rzucić na niego okiem od wewnątrz, intrygowały mnie bowiem bardzo owe powyginane drzewa i ogólna mroczna atmosfera tego dziwnego lasu. Od zawsze ciągnęło mnie do takich miejsc, więc prawie bez wahania wszedłem między tajemniczą roślinność. Nie odszedłem nawet dość daleko, a już zbiegły się Wilki Cienia,
zapewne wyczuwając obcego wchodzącego na ich teren i teraz stoję tu, gdzie stoję, otoczony z trzech stron warczącymi groźnie wilkami, krążącymi wokół mnie jakbym był bezbronnym jeleniem.
-No, który pierwszy?- zapytałem kpiąco, rzucając przeciwnikom spokojne spojrzenie, jednocześnie tnąc ogonem powietrze niby nożem. Wilki popatrzyły po sobie zdecydowanie, po czym ruszyły niemal ławą, tyle, że po łuku, nie zastawiając mi drogi odwrotu. Odlecieć nie mogłem, z powodu rozłożystych gałęzi nad moją głową. Rzucały mi rozeźlone spojrzenia, ale z pewną satysfakcją, błyskając zębiskami w półmroku i zbliżając się niemal tanecznym krokiem, raz skacząc do przodu, zwalniając do wolnego, ostrożnego chodu, nagle stając i skacząc dalej, cały czas mnie obserwując. Czekałem cierpliwie aż podejdą bliżej abym mógł mieć większą pewność co do moich mocy i kiedy stały już jakieś 11 metrów ode mnie, pochyliłem się i warknąłem nisko. One nadal podchodziły, lecz o wiele wolniej i z ostrożnością, jeżąc matową sierść na grzbietach.
Nie mogłem czekać dłużej, więc skupiłem się i utworzyłem elektryczne wiązki, które oplotły wilki niespodziewanie, niczym złote węże i zacisnęły się mocno na ich łapach i pyskach. Bezsilnie tarzały się po ziemi próbując się uwolnić, na próżno. Moje cienkie nici były od nich silniejsze. Za to ja nie byłem o wiele silniejszy od nich, wiedziałem, że za chwilę poczuję skutki mojego czynu, ale nie bardzo widziałem inne wyjście, oprócz bezpośredniej walki 4:1, na którą szczerze mówiąc nie miałem ochoty. Przeszedłem więc parę kroków dalej, w miejsce, gdzie korony drzew utworzyły odpowiednią szparę ukazując zachmurzone niebo, mijając po drodze wijące się wilki, rzucające mi mordercze spojrzenia i powarkiwania. Skupiłem się jeszcze mocniej aby utworzyć skrzydła i mimochodem dostrzegłem elektryczną otoczkę wokół mojego ciała. Zaczynała boleć mnie głowa i ujrzałem już pierwsze czarne plamki w polu mojego widzenia, miałem jednak jeszcze na tyle siły aby wzbić się w powietrze i dzięki kilku machnięciom skrzydłami wydostałem się na pustą przestrzeń nad lasem. Puściłem wilki, ponieważ uważałem, że już mi nie zagrożą i wzniosłem się odrobinę wyżej. Ciemne flanele i kropki przystopowały, tak jak zawroty głowy, ale mnie nie opuściły. Byłem bardzo zmęczony. W myślach przekląłem się za dawne nie używanie moich mocy. Spojrzałem w dół na moich przeciwników i obniżyłem lekko lot. Wilki biegły za mną, wodząc za mną szaleńczym wzrokiem, powarkując i jęcząc. Jeden zawył odwracając pysk w stronę serca lasu. Świetnie. Po prostu świetnie. Jak te psiska wszystkie się zlezą to będę mieć problem.
Wspominałem, że nie wszedłem tak daleko w las, jedynie parędziesiąt metrów, lecz nie wyjaśniłem co stało się później. Otóż pogoniłem wilki w las, stwierdzając, że skutecznie. Przez dłuższy czas goniłem je i zatrzymałem się dopiero wtedy, kiedy widziałem, że są zbyt zmęczone na jakąkolwiek walkę. Pozwoliłem im umknąć w las. Niedługo potem, gdy byłem już w drodze powrotnej, lecz jeszcze naprawdę daleko od granicy lasu, wyskoczyły zza krzaków i otoczyły z trzech stron. Ja za sobą miałem skalną ścianę.
Teraz więc kierowałem się na intuicję, mając nadzieję, że nie wyczerpią mi się siły przed wyleceniem znad ponurych drzew. Gdybym spadł, to albo skręciłbym kark lub co najmniej połamał sobie parę kości, albo oszczędzony przez miękkie łoże krzewów zostałbym rzucony na pastwę goniących mnie wilków. Byłem zmęczony odstraszeniem ich wcześniej, z powodu nieprzyjemnej dla mnie, ciepłej temperatury. Wytwarzanie elektrycznych nici nie polepszyło mojego stanu. Leciałem i leciałem, goniony warknięciami i skowytem coraz większej ilości członków watahy. Skrzydłami machało mi się coraz ciężej, ciężar ciała ciągnął mnie ku ziemi, więc bezwiednie obniżyłem lot. W końcu dostrzegłem kończącą Mroczny Las linię drzew. Zadowolony przekroczyłem je w powietrzu i straciłem kontrolę nad lotem, przez czerń przed oczami. Nie widziałem nic, czułem jedynie świst wiatru i opór powietrza. Naprawdę miałem w tej chwili nadzieję, że wilki nie wyjdą z lasu i się na mnie nie rzucą. Ostatnie co udało mi się zrobić to instynktownie rozłożyć w odpowiednim momencie skrzydła, co osłabiło siłę upadku, który i tak nie był zbyt przyjemny. Zaryłem w ziemię całkiem porządnie, tocząc się jeszcze ze 4 metry dalej i w końcu się zatrzymałem. Przez parę chwil leżałem w bezruchu z zamkniętymi oczami, potem jednak powoli je otworzyłem i zobaczyłem zmierzającego w moją stronę obcego dzikiego kota.

<Qwintal?>

wtorek, 4 września 2018

Od Teptisa CD. Ice Queen

Do mojego nosa dotarł niesiony wiatrem wyraźny zapach zająca, który widocznie nieświadomy mojej obecności w pobliżu, beztrosko przebywał na świeżym powietrzu i cieszył się pierwszym światłem wschodzącego słońca. Powoli otworzyłem oczy i ziewnąłem szeroko, po czym leniwie podniosłem się na nogi i przeciągnąłem, rozkoszując się miłym uczuciem rozciągania mięśni. Od dawna nie miałem tak dobrego, długiego i mocnego snu, więc oczywiście byłem w całkiem niezłym humorze, który potęgował się jeszcze wizją szybkiego śniadania.
Wyszedłem przed jaskinię, mrużąc delikatnie powieki i rozglądając się po otaczającej mnie polanie i okalających jej drzewach, których gałęzie spokojnie kiwały się na boki zachęcane do tego ruchu mocnym powiewem chłodnego wiatru. Przez pojedyncze pnie przesączały się promienie słońca, jeszcze nazbyt zaspane aby przemóc nocny chłód. Nie przeszkadzał mi on jednak wcale, co więcej sprawiał przyjemność i ulgę, którą rzadko kiedy bez użycia moich mocy mogłem uzyskać podczas gorących, letnich dni. Do uszu docierały dźwięczne głosy ptaków ukrytych wśród wszechobecnej zieleni, a nos wypełniały- oprócz mocnego zapachu szaraka, który powodował coraz silniejsze uczucie głodu- wonie kwiatów i ziół unoszące się w powietrzu.
Nie dojrzałem nigdzie w pobliżu błękitnych ślepi oraz granatowej łuski mojego smoczego towarzysza, założyłem więc, że wybrał się nocą na polowanie lub też po prostu chciał być sam i, że zapewne wróci za parę dni. Nie raz już się to zdarzało, a ja nie miałem oczywiście nic przeciwko. Wzruszyłem więc tylko barkami i stanąłem w bezruchu pobudzając do życia moje łowieckie instynkty. Wsłuchałem się w leśną pieśń wdychając głęboko setki zapachów próbując zlokalizować moją potencjalną ofiarę. Niemal od razu mi się to udało i już parę minut później stałem na nisko ugiętych łapach ostrożnie machając ogonem i obserwując całkiem sporego zająca, bezpiecznie ukryty wśród gęstych krzewów. Wiatr dziś mi sprzyjał, szarak nie miał jak wyczuć mojej obecności, a co dopiero ją zobaczyć lub też usłyszeć. Krok na krokiem zbliżałem się coraz bardziej do miejsca, w którym moja kryjówka urywała się, a gdy w końcu już tam dotarłem wyskoczyłem zza kotary z liści i gałązek. Zając zbaraniał na mój widok zaledwie na sekundę, lecz tę zwłokę przypłacił życiem. Dopadłem go w kilku długich susach przy akompaniamencie burczenia w moim brzuchu.
- No już, chwileczkę.- mruknąłem do siebie, a właściwie do mojego niecierpliwego żołądka, po czym zabrałem się do spożywania posiłku. Nie będę tu przytaczał szczegółów temu przedsięwzięciu ani emocji, które mi towarzyszyły, powiem tylko, że po jedzeniu byłem w pełni usatysfakcjonowany jakością zajęczego mięsa i jego ilością, która z powodzeniem udobruchała żołądek.
Podniosłem się na nogi i oblizałem dokładnie, po czym skierowałem się z powrotem w stronę mojej jaskini. Po drodze zastanawiałem się nad tym, jak mógłbym spędzić dzisiejszy dzień. Zapoznany byłem już ze wszystkimi terenami podlegającymi stadu Adamantium, więc nie miałbym co zwiedzać. Nie znałem zbyt wielu członków stada, mimo, że mieszkałem tu jakiś czas. No i nie zapowiadała się żadna akcja szpiegowska, w której mógłbym brać udział. Leżeć w trawie cały dzień też nie zamierzałem, więc z braku innych pomysłów postanowiłem wybrać się na długi spacer, gdzieś gdzie mnie nogi same poniosą.
Ruszyłem więc przed siebie nie narzucając jakiegoś ogólnego kierunku, po prostu szedłem i rozglądałem się wokół w poszukiwaniu jakiejś żywej duszy i ciekawych obiektów stworzonych przez przyrodę.

***

Minęło południe, a ja nadal nie odczuwałem zmęczenia ani głodu, pragnienie zaś na bieżąco zaspokajałem przy każdym wodnym zbiorniku, który się nawinął. Po drodze widziałem w oddali parę dzikich kotów, lecz z żadnym nie zamieniłem dotąd słowa, chodź kojarzyłem je z widzenia. Kiedy ponownie zatrzymałem się aby się napić i schyliłem głowę mocząc w niej język usłyszałem czyjeś wołanie:
-Hej!- podniosłem się czując spływającą po pysku wodę chcąc dowiedzieć do kogo było skierowane owo zawołanie. A, że nie dojrzałem nikogo oprócz wołającej mnie osoby, oczywiste było, że do mnie. Uniosłem jedną brew i skierowałem uwagę na zbliżającego się do mnie dzikiego kota, samicę o śnieżnobiałej sierści.
-Dzień dobry.- rzuciłem kiedy podeszła do mnie na odległość paru kroków.
-Cześć.- odpowiedziała z lekkim uśmiechem. Pierwszy raz ktoś tak mnie bezpośrednio zawołał, więc byłem trochę zaskoczony.
-Mogę w czymś pomóc?- spytałem maskując emocje pod maską powagi. Samica przekrzywiła głowę i przysiadła.
-Och, po prostu miło byłoby zamienić z kimś parę słów.- pokiwałem głową delikatnie na znak zgody. Dawno nie miałem okazji do rozmowy z kimkolwiek oprócz Alharisa, pomyślałem więc, że dobrze byłoby rozruszać język.
-Jak masz na imię?- spytała  z błyskiem uśmiechu w oczach.
-Teptis.- odpowiedziałem zdobywając się na jedno małe rozjaśnienie oblicza.- Mogę poznać twoje?
-Pewnie. Ice Queen.
-W takim razie miło mi. Może się przejdziemy?- zaproponowałem po chwili nieco niezręcznej ciszy z braku innych rozwiązań przerwania jej.
-Z chęcią.- lwica wstała i zamiotła ziemię ogonem, a ja podążyłem za nią.

(Ice Queen?)
  ✐ 765 słów
+15 SK

środa, 27 grudnia 2017

Od Teptisa (Do Daenerys)

Oszronione cielsko Alharisa błyszczało w porannym słońcu, nie robiąc na smoku zbyt dużego wrażenia. Leżał z przymkniętymi oczami oddychając ze świstem i raz po raz uderzając swoim długim ogonem w ziemię. Przez chwilę obserwowałem go spod zmrużonych powiek i powoli wstałem wydając z siebie ciche westchnienie. Smok otworzył jedno ze swych intensywnie błękitnych ślepi i wbił we mnie spojrzenie.
-Wstawaj stary- mruknąłem pod nosem, a Alharis dźwignął się z ziemi ziewając i odsłaniając swoje długie, ostre kły. Nudziło nam się okrutnie, a oprócz leżenia i gapienia się w ziemię nie było za bardzo nic do roboty, dlatego postanowiłem trochę rozruszać kości. Wiedziałem, że smokowi również spodoba się ten pomysł i nie myliłem się, bo gdy powiedziałem mu o moim planie machnął głową i syknął odsłaniając zęby. Nauczyłem się już rozpoznawać jego emocje, mimo tego, że był moim towarzyszem zaledwie od trzech tygodni.
-Tylko gdzie byś chciał?- mi tam było wszystko jedno, gdzie się przelecimy i ufałem Alharisowi w tej kwestii. Mieliśmy podobne gusta. Smok wydmuchnął ze swych nozdrzy spory obłok zimnej pary powodując chwilowy spadek temperatury, po czym jego ogon pognał w moją stronę i owinął się wokół mojego brzucha.
-Wiesz, że potrafię latać.- stwierdziłem będąc już w powietrzu, uniesiony przez smoczy ogon. Mój towarzysz posłał mi krótkie spojrzenie i ostrożnie upuścił mnie na swój grzbiet. Czym prędzej złapałem się za lodowe kolce wystające z jego barków i uśmiechnąłem się lekko w myśli. Choć umiałem tworzyć własne skrzydła, znacznie bardziej wolałem latać na Alharisie, a on doskonale o tym wiedział. Wydał z siebie cichy syk informujący o gotowości do lotu i ruszył przed siebie szybko, krokiem przypominającym nieco styl poruszania się jaszczurki, by po chwili "płynąć" w powietrzu. Przyzwyczaiłem się do tego, że smok mimo tego, że nie posiadał skrzydeł umiał latać, lecz nadal mnie to intrygowało. Być może brało się to z tego, że miał w sobie krew chińskich smoków, które przypominał z wyglądu, a one nie potrzebowały do latania skrzydeł. Spojrzałem w dół. Pod nami przesuwały się lasy, polany, rzeki, a czasem udało mi się dostrzec członka stada, do którego dołączyłem kryjącego się wśród drzew. Mój wzrok przeniósł się na horyzont, na którym widniały potężne szczyty ośnieżonych gór. Z tego, co było mi wiadomo, nie należały one do terenów Stada Adamantium. Nie zdziwiłem się jednak, że lecimy akurat tam. Przecież właśnie w tych górach pierwszy raz spotkałem mojego towarzysza. Zbliżaliśmy się do nich z każdym ruchem ciała smoka, czując na sobie ich potęgę. Rosły w oczach majestatycznie piętrząc się na tle nieba, które powoli zasnuwały chmury. Alharis wyciągnął przed siebie szyję wypatrując wygodnego miejsca do lądowania. Temperatura była tu niska, ale zimno mi nie przeszkadzało, wręcz cieszyłem się z niego. Po paru minutach smok zaczął opadać w dół, by wylądować wznosząc przy tym tumany śniegu. Zeskoczyłem z jego grzbietu i usiadłem zamiatając nieskazitelnie biały puch ogonem. Mój towarzysz wyprostował się patrząc na mnie tymi swoimi pięknymi oczami, a ja odwzajemniłem spojrzenie kierując je prosto w jego ślepia. Po chwili po raz kolejny ujrzałem w nich obraz śnieżycy, podczas której płatki śniegu porywane przez wiatr tańczyły wokół siebie szaleńczo. Odwróciłem wzrok, a gdy ponownie skierowałem go w poprzednie miejsce ujrzałem tylko błękit.
-Pamiętasz?- spytałem mając w głowie nagranie z naszego pierwszego spotkania. Alharis skinął łbem rzucając mi spojrzenie spod oka. Gdybym tylko wiedział dlaczego spowodował mój upadek w głąb ziemi...Chwilę przed owym zdarzeniem usłyszałem smoczy ryk i nie należał on do mojego towarzysza. Czyżby mnie uratował...? Mogłem tylko snuć domysły. Nagle do mojego nosa dotarł obcy zapach jakiegoś dzikiego kota. Wytężyłem zmysły zastanawiając się czego on u licha szuka na takim pustkowiu w górach. Czy jest to wróg czy przyjaciel? Członek stada czy obcy? Nie miałem pojęcia, ale zaraz powinienem się tego dowiedzieć. Rzuciłem krótkie spojrzenie Alharisowi. Zrozumiał mnie bez słów. Uniósł się na tylne nogi i zanurkował w zaspę, a gdy jego ogon zniknął pod grubą powłoką śniegu, w powietrzu jeszcze unosił się biały puch, który po chwili opadł. Teraz nikt nie domyśliłby się, że pod ową zaspą czeka w gotowości smok. Lepiej aby na początku nie pokazywał się, skoro nie wiadomo kto był obcym. Gdyby groziłoby mi niebezpieczeństwo z pewnością usłyszałby to i mi pomógł. Póki co nie chciałem aby przybysz padł na zawał na widok ogromnego smoka. Zza zakrętu dobiegł mnie odgłos spadających kamieni i po paru sekundach wyłoniła się zza niego przedstawicielka płci pięknej będąca dzikim kotem. Obrzuciła moją nadal siedzącą osobę czujnym spojrzeniem i wydawała się lekko zaskoczona. W sumie, kto by nie był.

<Daenerys?>


✐ 740 słów
+15 SK

poniedziałek, 25 września 2017

Od Teptisa - "Towarzysz"

Wreszcie odnalazłem stado. Stado, do którego mnie przyjęto. W którym będę mógł dołączyć do wielkiej społeczności, założyć rodzinę, znaleźć przyjaciół...Wypełniłem wolę ojca dzięki czemu było mi lżej na sercu. Jak dalej potoczy się moje życie? Czy spełnią się moje najskrytsze marzenia? Tego nie wiem i dowiedzieć się nie mogę, przynajmniej teraz. Otworzyłem oczy. Przez wejście do mojej jaskini wlatywało jasne światło słońca, dzięki któremu robiło się nieco przytulniej. Westchnąłem i powoli podniosłem się na nogi czując odrętwienie w ciele. Przeciągnąłem się i wolnym krokiem wyszedłem na zewnątrz, mrużąc oczy, ponieważ słoneczny promień padł na mój pysk. Machnąłem ogonem odstraszając irytującą, grubą muchę. Co można by dzisiaj zrobić...? Zwiedziłem już większość terenów należących do Stada Adamantium jednak nie wszystkie. Może by tak dokończyć zwiedzanie? Jak postanowiłem, tak zrobiłem. W sumie nie miałem nic innego do roboty, dlatego też szybko podjąłem decyzję i zeskoczyłem ze skały, na której znajdowała się moja jaskinia, a kiedy już byłem na dole obrałem kierunek wschodni. Trawa muskała delikatnie łapy oraz opuszki, co było całkiem przyjemne. Ptaki śpiewały przekrzykując się wzajemnie, a na niebie chmur było niewiele. Spacerowałem piaszczystą ścieżką wiodącą przez środek jakiegoś lasu. Liście przybrały już kolor żółty, niektóre czerwony, a jeszcze inne brązowy. Właśnie zaczęła się jesień; robiło się coraz chłodniej i choć pogoda niezbyt na to wskazywała, można było wyczuć ją w powietrzu. Zamyśliłem się i szedłem właściwie tam, gdzie mnie nogi poniosły. W końcu sam to zauważyłem i potrząsnąłem głową, by odgonić uparte myśli, które znów chciały zalać mnie swoją falą. Spojrzałem w górę. Słońce miało zupełnie inne położenie niż poprzednio, a mnie bolały łapy. I gdzie ja w ogóle się znajduję? Skupiłem się i poczułem na barkach lekkie swędzenie. Mój umysł wyobraził sobie jak powoli wyrastają skrzydła, trzeszcząc cicho i strzelając delikatnie. Po chwili były gotowe. Uśmiechnąłem się pod nosem machając nimi raz na próbę. Przydatna umiejętność- pomyślałem i wzniosłem się w powietrze. Leciałem w górę miarowo uderzając elektrycznymi skrzydłami aż uznałem, że z wysokości na której się znajduję dokładnie ujrzę moje położenie. Rozejrzałem się wokół. Daleko pode mną widniał ciemny pas lasu ciągnący się od horyzontu stamtąd skąd przybyłem. W oddali ujrzałem Jezioro Łez, a kiedy spojrzałem na południe ujrzałem szczyty jakichś gór, na których leżał śnieg. Nie słyszałem dotąd o takim terenie.
Być może nie należał do Stada Adamantium, być może kryły się tam niebezpieczeństwo i groza, jednak ja, niezbyt ciekawski dziki kot, postanowiłem zobaczyć co się tam znajduje. A, że bolały mnie nogi postanowiłem nie iść tam, a polecieć. I poleciałem, czując przyjemnie chłodny wiatr. Zajęło mi to trochę czasu, gdyż góry były daleko. Kiedy w końcu unosiłem się nad jednej z ośnieżonych półek skalnych poczułem obezwładniające zmęczenie. Wylądowałem na niej wzbijając w górę śnieg. Półka była długa i szeroka, zmieściła by się na niej całkiem spora ciężarówka. Wszędzie leżał biały jak cukier śnieg. Na środku leżała spora zaspa, gdzieniegdzie pofałdowana. Skrzydła zniknęły, póki co nie były potrzebne. Machnąłem ogonem i postąpiłem krok do przodu. Zapadłem się po pierś. Próbowałem wyskoczyć, ale coś oplotło mi się wokół tylnej nogi. Zaniepokoiłem się i zacząłem się wyrywać. Nie czułem zimna, aczkolwiek perspektywa bycia trzymanym przez jakieś "coś" oplatające się wokół nogi przyjemne nie było. Nie mogłem unieść tej łapy, to co mnie trzymało ciągnęło w dół za każdym razem kiedy próbowałem. Skupiłem się chcąc utworzyć elektryczną otoczkę, ale nie wyszło. I wtedy zaspa przede mną zaczęła się ruszać. Najpierw pojawiła się długa, granatowa głowa, ozdobiona w długie lodowe kolce wyglądające niczym korona, potem wąski tułów, również wyposażony w szpikulce choć w mniejszej ilości, następnie przednie i tylne łapy z groźnie wyglądającymi pazurami, a na koniec to "coś" puściło moją nogę i ze śniegu wyłonił się długi ogon. Nie powiem, zatkało mnie. Smok stał przede mną przyglądając mi się uważnie i z godnością. Był koloru jasno granatowego, miejscami prawie całkiem białego. Na jego ciele, oprócz kolców z lodu na głowie, piersi, barkach i brzuchu gdzieniegdzie leżał śnieg, lśniący w promieniach słońca. O dziwo, nie topił się nawet kiedy zwierzę dość długo stało bez ruchu, oświetlane wciąż jeszcze ciepłym światłem słonecznym. Nie byliśmy wysoko, ale i tak wiał zimny wiatr tarmosząc moje futro i sprawiając, że musiałem przymknąć lekko oczy. Nie czułem strachu, choć się temu sam dziwiłem. Czułem tylko niepokój, zdziwienie, ale i pewną radość. Pierwszy raz w życiu spotkałem smoka tak pięknego jak ten. A on, jakby wiedząc, że mnie zafascynował stał w bezruchu i wydawać się mogło, że pozwala się podziwiać. Obserwował mnie tylko swoimi cudnymi, błękitnymi jak ocean ślepiami. I ja również nie spuszczałem z niego wzroku. Nie przejmowałem się tym, że może to jeden z wrogich nam smoków, tylko podziwiałem to niesamowite stworzenie. Minuty mijały, a my nadal w milczeniu się sobie przyglądaliśmy. Słychać było tylko nieustanny szum wiatru i oddech smoka. I wtedy napotkałem spojrzenie jego przepastnych oczu. Zatopiłem się w nich jak tonący w wodach oceanu. I ujrzałem coś niezwykłego. W oczach zwierzęcia widniała potężna śnieżyca, lecz jego spojrzenie nie było groźne. Miałem wrażenie, jakbym znalazł się w samym jej środku. Wiatr szaleńczo uderzał w moje ciało, jakby chcąc mnie wywrócić, a śnieg oblepiał moje futro. Leciał w oczy, musiałem je więc zmrużyć..Zamknąłem oczy chcąc oderwać od smoka spojrzenie. Po chwili jednak znów je otworzyłem i skierowałem wzrok tam gdzie poprzednio. Ale nie ujrzałem nic, tylko ten piękny błękit. Westchnąłem cicho, a stworzenie nagle poderwało głowę do góry, wzniosło się na tylnych nogach przednie trzymając w powietrzu i uniosło ogon, aby uderzyć nim o ziemię. Ziemia pod moimi łapami się zatrzęsła, słońce na sekundę przesłonił jakiś cień i poczułem, że nie mam oparcia. Ostatnie co usłyszałem zanim spadłem to przeszywający zew smoka.
***
Otworzyłem oczy. Wokół panowała ciemność i wydawało mi się, że byłem sam, jednak od razu zmieniłem zdanie, gdy ujrzałem dwa błękitne światełka w ciemności. Przypomniałem sobie wszystko co się zdarzyło i doszedłem do wniosku, że muszą to być oczy zwierzęcia, które sprawiło, że ziemia pod moimi nogami się rozstąpiła. Wstałem próbując zachowywać się bezszelestnie, by nie wzbudzić podejrzeń stworzenia i wydawało mi się, że odniosłem sukces, jednak przeliczyłem się. Światełka zniknęły, usłyszałem ledwo dosłyszalny szelest i coś delikatnie chwyciło mnie za kark, jak małego kociaka. Chciałem się wyrwać, ale usłyszałem ostrzegawczy skrzek dochodzący z czegoś tuż nad moją głową. Oczywiście był to smok. Zamarłem, mając wrażenie jakby za chwilę miał on coś mi zrobić. Całe szczęście nic takiego nie nastąpiło, tylko poczułem jak się przemieszczamy. Czułem się dziwnie, sam na sam z legendarnym zwierzęciem w ciemności, który złapał mnie tak delikatnie, że nie czułem bólu i przemieszczał się nie wiadomo gdzie. Wisiałem tak w jego zębach (najprawdopodobniej) trochę czasu, aż ciemność zaczęła się rozstępować i po krótkiej chwili przepełzliśmy (?) przez wąski otwór w skale na powierzchnię ziemi. Odetchnąłem w myślach z ulgą gdyż obawiałem się, że w mroku nadziejemy się na coś lub po prostu wjedziemy w ścianę. Całe szczęście nic takiego się nie stało. Zostałem powoli opuszczony na ziemię i uwolniony od pyska smoka. Odwróciłem się i ujrzałem jego, leniwie przesuwającego ogonem po śniegu.
-Co to wszystko ma znaczyć? Czemu spadłem i czemu mnie stamtąd wyciągnąłeś?- dobra, nie najlepsze rozpoczęcie rozmowy, ale byłem po prostu zdezorientowany. Stworzenie wyprostowało się dumnie i wydało się z siebie dźwięk podobny do skrzeknięcia.
-Niestety cię nie rozumiem.- wyjaśniłem otrząsając się ze śniegu. Smok machnął przednią łapą.
-No dobrze. Muszę już iść, niedługo będzie noc, a zanim ona nadejdzie chcę znaleźć się w domu. Żegnaj, smoku- wytłumaczyłem, gdyż zauważyłem, że słońce zaczęło powoli chylić się ku zachodowi. Dotarło do mnie, że tam na dole byłem przez dłuższy czas. Odwróciłem się. Może było to głupie, ale byłem pewny, że gdyby był mi nieprzyjacielem już bym nie żył. Postąpiłem krok na przód i usłyszałem cichy skrzek.
-Muszę.- powiedziałem patrząc przez ramię i znów zrobiłem jeden krok. Nagle usłyszałem szelest ciała przesuwającego się po śniegu, coś, pewnie zęby złapały mnie za kark i zostałem rzucony w tył, na granatowy grzbiet. Na szczęście nie na kolce, bo byłoby ze mną kiepsko. Zanim zdążyłem zeskoczyć, zwierzę uniosło się na tylne łapy, przez co musiałem złapać się za lodowe szpikulce przede mną aby nie spaść i zeskoczyło z półki.
-Co ty robisz?! Nie masz skrzydeł!- krzyknąłem do smoka, lecz on tylko syknął w odpowiedzi. Uznałem go za wariata, a sam byłem pewny, że za chwilę zginę. Ziemia zbliżała się bardzo szybko, jednak nagle poczułem szarpnięcie i po chwili zobaczyłem, że się wznosimy. Znowu mnie zatkało. Smok, który nie ma skrzydeł umie latać? Poruszał się tak jakby płynął w powietrzu, jego ciało falowało. Spojrzałem w dół. Pod nami przesuwały się lasy, polany i strumienie. Lecieliśmy bardzo wysoko i dosyć szybko, ale z łatwością udawało mi się utrzymać na jego grzbiecie. Czułem radość. To było zupełnie coś innego od latania dzięki własnym skrzydłom.
-Wiesz gdzie lecisz?- krzyknąłem, a mój "wierzchowiec" odwrócił łeb i pokiwał nim. I faktycznie, co było dziwne, leciał w stronę skąd przyszedłem. Po paru minutach wylądowaliśmy tuż pod moją jaskinią. Zeskoczyłem z niego i przeciągnąłem się.
-Było świetnie.- pogłaskałem go po głowie uśmiechając się lekko.
-Muszę iść.- wyjaśniłem z westchnieniem i odwróciłem się.Jakże się zdziwiłem, kiedy smok wydał z siebie jęk! Spojrzałem na niego. Wpatrywał się we mnie swoimi pięknymi oczami, a mi przyszło coś do głowy.
-Chciałbyś być moim towarzyszem?-spytałem, a on syknął i pokiwał parę razy głową. Uśmiechnąłem się znowu.
-Dobrze. Od razu cię polubiłem, wiesz?- to była prawda. Od początku czułem do niego sympatię.
-Tylko, jakby cię nazwać...Jesteś samcem?- kiwnął łbem na potwierdzenie. Hmmmm, jakie by mu nadać imię?
-Co powiesz na Alharisa?- w końcu udało mi się coś wymyślić. Zwierzę skrzeknęło i podeszło, kładąc mi swoją głowę na grzbiecie. Zaśmiałem się cicho, co mówiąc szczerze dość rzadko mi się zdarza i znów pogłaskałem go po pysku.
-A więc Alharisie, musimy iść do Cziki i powiedzieć jej, że od dziś jesteś moim towarzyszem.- jego odpowiedzią było tylko westchnienie. Cieszyłem się w duszy, byłem tu od krótkiego czasu, a już znalazłem przyjaciela. Ciekawe co będzie dalej?

niedziela, 24 września 2017

Teptis!


Imię: Teptis.
Pseudonim: Woli, jak inni zwracają się do niego po imieniu, lecz zdarzało się, że nazywano go Śnieżnym Wędrowcem, lub też po prostu Tepem. 
Wiek: Stuknęło mu już te 6 lat.
Płeć: Wygląda na samca i zdecydowanie nim jest.
Stopień: Początkujący.
Gatunek: Jego ubarwienie zdradza gatunek: pantera śnieżna.
Stanowisko: Szpieg.
Charakter: Teptis jest kotem dumnym i stanowczym, kochającym wolność i niezależność, choć potrafi wykonywać polecenia przywódcy. Nigdy przed nikim głowy nie ugnie, a trzyma ją zawsze wysoko podniesioną. Jest niezwykle spokojny i opanowany, emocje potrafi skrywać głęboko, lecz czasem zdarza mu się warknąć na jednego z drugim, jednak mało co potrafi doprowadzić go do wybuchu. Jeśli się to zdarzy lepiej mu nie podpaść i nie wchodzić w drogę. Oczywiście nie zaatakowałby nikogo (chyba, że byłby przekonany, że ten ów ktoś jest zdrajcą etc.etc.) ze stada, ale wróg zostałby powalony. Raczej nie zabity, gdyż ten dosyć groźnie wyglądający samiec nigdy nie pozbawia życia innych dzikich kotów. Nie boi się śmierci, jest więc skłonny do poświęceń.
Zwykle stara się myśleć pozytywnie i łatwo nie traci nadziei, zaś nie podda się nigdy. Potrafi być szczery do bólu, lecz to zależy od charakteru jego rozmówcy. Jeśli takowy miałby się potem załamać, to trzyma język za zębami. Woli własne towarzystwo, choć nie pogardzi rozmową z innymi. Często dosyć mrukliwy, ale czasem potrafi sypnąć żartem, uśmiechnąć się lub zaśmiać. Kolejna sprawa dla niego bardzo ważna to honor. Nigdy nie wbije nikomu noża w plecy, a lojalny może być aż do śmierci. Tak więc, jeśli jest Twoim przyjacielem możesz mu śmiało zaufać i liczyć na jego pomoc w każdej DOBREJ sprawie. Jest odważny, może nawet zuchwały, jednak to zależy od okoliczności. Czasem zdarza mu się zatopić w myślach, ale tylko wtedy kiedy jest sam. Nie jest głupi, nie wywiedziesz go w pole. Zwykle przemyśli swoje decyzje, lecz czasem pod wpływem emocji działa od razu, bez zastanowienia. Zawsze czujny, nie da się go omamić kłamstwami, ponieważ łatwo mu je rozpoznać. 
Żywioły: Śnieg, elektryczność.
Moce: 

✧Alharis jest odporny na elektryczność. Uzyskał taką zdolność po zostaniu towarzyszem Teptisa. Teraz Tep może owinąć go cienkimi wiązkami.
✧Dość niebezpieczną zdolnością, którą posiada jest zatrzymanie przeciwnika wiązkami elektrycznymi. Polega ona na tym, że jeśli wystarczająco się skupi, może stworzyć elektryczne nici przypominające wiele cienkich, acz długich i wytrzymałych węży. Oplatają wroga, unieruchamiając go za pomocą elektryczności. Nie może jednak długo go utrzymywać gdyż wiązki stworzone w jego umyśle mogą "przegrzać" mu mózg. 
✧Jeśli się skupi, wokół jego ciała powstanie otoczka z elektryczności, przez co lepiej go nie dotykać, bo można oberwać prądem. (U góry widać na obrazku, mniej więcej jak to wygląda .) Działa to również na miecze, noże i inne takie graty. 
✧Jest odporny na ataki takim samym żywiołem jak jego innych kotów, również na uderzenia błyskawic itp.
✧Dosyć przydatną umiejętnością jest tworzenie sobie skrzydeł. Są one dosyć duże, koloru białego, a stworzone są z połączonych ze sobą gęsto cienkich wiązek elektrycznych. Od ich dotyku można poczuć tylko lekkie swędzenie po łapą, więc nie są zagrożeniem dla innych dzikich kotów.

✧Potrafi wywołać potężną burzę śnieżną. Jest ona groźna, ponieważ łączy jego dwa żywioły.
✧Odporny na wszelkie zimno, nawet to, które (nie)zwykłego przedstawiciela jego gatunku może zamrozić. Sumując, nie da się go zamienić w kostkę lodu, nigdy również nie marznie i zawsze jego ciało jest ciepłe.

Partnerka: Jego sercem trudno zawładnąć. Nie interesuje się zbytnio płcią piękną, nie ogląda za nią tylko żyje swoim życiem. Lecz jeśli taka się znajdzie, co oczaruje go swoim wdziękiem i dobrym sercem to może się przełamie. Póki co brak.
Rodzina: Pestero- ojciec, który wychował go na silnego, umiejącego przetrwać w dziczy samca. Jest mu za to bardzo wdzięczny.
Wena- kochana matka, wspierająca i zawsze stojąca za nim murem, która nauczyła go myśleć i podejmować dobre decyzje. Niestety była ona słaba, a po jego urodzeniu jeszcze bardziej. Ojciec musiał się nią opiekować, gdyż sama nie dałaby rady lecz w końcu odeszła.
Braci nie miał, a pozostałej rodziny nie znał, ponieważ mieszkali samotnie.
Młode: Nie wiadomo czy się do nich kiedyś przekona, ale kto wie...Na razie nie ma.
Historia: Urodziłem się w obszernej, przytulnej jaskini. Moja matka niezwykle się cieszyła, jak i ojciec, którzy robili wszystko, bym jako dorosły kot był mądrym i umiejącym o siebie zadbać samcem. Mieszkaliśmy samotnie, tylko Pestero, Wena i ja. Rodzice nigdy nie wyjaśnili mi czemu nie żyliśmy z innymi w stadzie. Miesiące płynęły szybko, wydoroślałem i spoważniałem. Codziennie tata uczył mnie polować, skradać się i wielu innych takich rzeczy. (Zawsze nieźle umiałem się ukrywać i bezszelestnie poruszać, więc w stadzie wybrałem stanowisko szpiega, ale o tym później.) Martwiłem się bardzo o mamę, z każdym dniem słabła aż w końcu pewnego wieczoru, w jaskini pośród szalejącej śnieżycy umarła. Było mi bardzo ciężko na duszy, kolejny miesiąc był pustką. Pozbierałem się w końcu i powoli stawałem się taki jak dawniej. Chociaż..nie. Zmieniłem się. Zostałem takim ponurakiem jak obecnie. Mieszkaliśmy od tamtego czasu razem z ojcem. Razem polowaliśmy i w sumie dzięki niemu się nie załamałem. 
Nadszedł jednak dzień rozstania. Pestero uznał, że jestem już wystarczająco nauczony wszystkich potrzebnych rzeczy. Kazał mi znaleźć stado, bo tutaj, w samotności nie mógłbym w pełni cieszyć się życiem. I, chodź rzadko to robił, przytulił mnie na pożegnanie, obiecał, że kiedyś mnie znajdzie, odwrócił się i przestąpił próg lasu. Ja zaś podążyłem w drugą stronę, przygnębiony, lecz szybko udało mi się z tym pogodzić. Od tamtego czasu błąkałem się, nie mając nigdzie domu, próbując wypełnić prośbę ojca. Niektórzy nazywali mnie Włóczykijem, inni Śnieżnym Wędrowcem, a to ostatnie przylgnęło do mnie i byłem rozpoznawalny właśnie pod tym pseudonimem. Postanowiłem pójść dalej i po wielu miesiącach napotkałem przywódczynię Stada Adamantium, która przyjęła mnie w szeregi swojego stada.
Właściciel: Babilon Howrse, Dalil Doggi.
Szablon
Karou
Royalog