Poczęło wiać coraz mocniej, co szczerze mówiąc nie było mi na rękę. Chwilowe ciepło powoli zaczęło zanikać przeganiane przez chłód i w końcu pozostało po nim jedynie wspomnienie. Patrząc na nowo poznaną kocicę mogłem wywnioskować, że zimno doskwiera jej w takiej samej mierze jak mi.
Po zapytaniu mnie czy chciałbym dołączyć do poszukiwania schronienia przed wzmagającym się wiatrem wraz z Solaris przekrzywiłem głowę. Ogromnie się zdziwiłem ową propozycją, nie powiem. Dawno nie zostałem tak dobrze potraktowany przez obcą osobę, tak szybko zaproszony do spędzenia z nią czasu. Rozumiałem, że pewnie nie chciała wyjść na niekulturalną i zapytała tylko z uprzejmości, w duchu chcąc się mnie pozbyć. Chyba, że naprawdę jej na tym zależało aby choćby zamienić z kimś parę słów? U licha, czasem miałem dość tych wszystkich domniemanych wyjaśnień pewnych sytuacji, które wymyślał mój mózg. Ciągła niepewność i chęć zrozumienia różnych zachowań. Może niektórym mogłoby wydawać się to dziwne, ale ja- należący niegdyś, z własnej woli, do wyrzutków lew- spotykałem się zazwyczaj jedynie z ogromną niechęcią i wrogością. Jedynie moja grupa i ci co stali za nami w Lesie darzyli mnie serdecznością, jednak wszyscy obcy byli gotowi w razie czego skoczyć mi do gardła. Zresztą ja też. Takie już były prawa pustyni; być zawsze gotowym za wszystko. Każdy spotkany osobnik mógł być wrogiem i było tak w większości przypadków. Krótko mówiąc, nie było miejsca na przyjacielską postawę wobec nieznajomych, którzy dopiero co pojawili się w zasięgu wzroku.
Tutaj jednak jest zupełnie inny świat, pełen przychylności i ogólnego bycia miłym dla każdego. Szczerze mówiąc, trudno jest mi się dostosować, przynajmniej na razie, całe szczęście jednak umiem zachować nieufność dla siebie.
Widząc zniecierpliwienie mojej towarzyszki pokonując wszelkie obawy zgodziłem się.
-Jeśli tylko nie będzie ci przeszkadzać moja obecność.- odpowiedziałem wstając i patrząc na nią kątem oka.
-W takim razie chodźmy.- odparła i od razu ruszyła szybkim krokiem, zapewne aby odgonić chłód. Skoczyłam za nią, szybko doganiając i zajmując pozycję po jej prawej stronie. Z początku szliśmy całkiem przyjemnej ciszy, rozglądając się za odpowiednim miejscem, które mogłoby zapewnić odrobinę ciepła i komfortu.
-Kiedy dołączyłeś?- usłyszałem niespodziewane pytanie, dobiegające z pyska Solaris.
-Niedawno.- odparłem krótko.-A ty?
-Trochę czasu minęło.- tu rozmowa znowu się urwała. Sam nie wiedziałem czy nie mogłem znaleźć tematu czy też po prostu nie chciałem. Co do kocicy, nie miałem pojęcia. W ogóle o czym można rozmawiać w środku nocy z nową poznaną osobą, jednocześnie nie wtrącając się w jej życie prywatne?
Nagle stanąłem i wpatrzyłem się w las. Solaris z lekkim zdziwieniem przystanęła i obejrzała na mnie uważnie lustrując wzrokiem moje poczynania i już otwierała pysk aby wypuścić pytanie, gdy ona sama zwróciła uwagę ku lasowi, z którego coraz głośniej słychać było jakieś ciche szelesty i głuche stąpania.
<Solaris?>
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Palajmos. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Palajmos. Pokaż wszystkie posty
piątek, 5 października 2018
piątek, 28 września 2018
Od Palajmosa (przeszłość, część 1)
Opowiadanie dopełniające historię Palajmosa. Zawiera zdarzenia, które wydarzyły się już po objęciu przez niego stanowiska przywódcy rebeliantów.
Pewnie nikomu nie będzie się chciało tego czytać, ale przynajmniej był fan z pisania C:
Pewnie nikomu nie będzie się chciało tego czytać, ale przynajmniej był fan z pisania C:
Utkwiłem zamyślony wzrok w krwistoczerwonym słońcu, które powoli, ale nieubłaganie znikało za horyzontem aby dać tej części świata wyciszenie i odpoczynek. Tak, tej części świata, lecz nie nam. Nie tym, co żyli wśród złocistych piasków, nie tym, co nazywali je swoim prawdziwym domem, nie tym, którzy odeszli z bezpiecznej przystani Lasu. Wyrzutkom, mordercom, buntownikom. Tym nie przysługiwał spokój i wyciszenie, jedynie ciągła czujność i oczekiwanie na atak.
Większość żyjących w Lesie braci mieli o nas właśnie taki obraz; żywiących się rozpaczą zabójców, pełznących wśród piasków niczym żmije, które gdy tylko wyczują zapach krwi zagrażającej ich istnieniu koło swoich gadzich ciał, wyskakują z ukrycia i wciągają swoje niewinne ofiary w objęcia niechybnej śmierci przy użyciu jadu, który płonie jak ogień zemsty w ich duszach. A tak naprawdę owymi żmijami był Kwarastes i jego banda, którzy wpuszczali jadowite słowa w głowy swoich nieświadomych słuchaczy, karmiąc ich obrazem lepszego życia bez nas. Bez Dzieci Pustyni żyjących wolno wśród fal złotego oceanu opływającego ze wszystkich stron zieloną wyspę, bezpieczną przystań uciśnionych i zastraszanych kotów, okrytych chroniącymi ich skrzydłami ,,Wielkiego Wodza" Kwarastesa. Niestety nikt już nie pamięta tajemniczej śmierci prawdziwego, mądrego przywódcy, który odszedł w zapomnienie odkąd na pierwszy plan wyszedł nowy lider. Nikt nie pamięta owego śmiałka, który rzucił mu pod nogi potężne oskarżenia i skłonił nas do nieufności. Nikt już nie pamięta jego nagłego zniknięcia. I w końcu nikt nie pamięta, kto okazał się prawdziwym mordercą, chcącym zabić po kryjomu członków własnego stada z tlącej się od dawna nienawiści do nich.
Nikt oprócz nas.
Ognista kula już prawie cała zniknęła za linią horyzontu. Świat ogarniała stopniowo zwiększają się ciemność, tocząca walkę ze zmęczonym słońcem i jego słabnącymi jasnymi promieniami. Jej koniec zbliżał się nieubłaganie z każdą mijająca sekundą. Uniosłem głowę ku niebu patrząc na nie z podziwem. Widziało już tyle różnych chwil; szczęśliwych i smutnych, jednak trwało nadal aby zapewnić równowagę i życie. Dojrzałem nabierające odwagi pojedyncze gwiazdy, które pokonały swój strach przed światłem dnia i wcześniej ukazały swoją obecność zachęcone obecnością ich nocnego towarzysza- księżyca. W grzbiet uderzył mnie silny podmuch zimnego wiatru zapowiadającego chłodną noc.
Gdybym ponownie musiał stanąć na tym samym rozwidleniu dróg, nie wahałbym się ani chwili. Jeszcze raz wybrałbym pustynię i związane z nią niebezpieczeństwa oraz niewygody. Przez te wszystkie lata Las stał mi się obcy. Silne wiatry nadciągającego huraganu fałszu i kłamstw wyrwały z niego moje korzenie i odcięły soki, dające beztroskę i życiową radość. Jednak nie upadłem tak jak martwe drzewo powalone bezlitośnie owym huraganem, rzucone na pastwę srożącej się burzy. Wraz z moją dzisiejszą nową rodziną porzuciłem pobojowisko gnijących, sponiewieranych i pochylonych pod wpływem wichury drzew. Odszedłem gnany chęcią zaradzenia chorobie, która od tamtego czasu poczęła trawić niegdyś piękne, kwitnące w bezpieczeństwie i dobrobycie drzewa, które teraz albo zbyt zmęczone tym wiatrem albo w strachu przed jego potężną siłą albo zadowolone jego niszczycielską potęgą pozostawały w miejscu nie mogąc lub nie chcąc odejść z miejsca, które było jego królestwem, a jednocześnie ich domem.
Słońce skryło się już przed wzrokiem, posyłając jedynie ostatnie krwistoczerwone blaski aby jeszcze choć chwilę móc zapewnić światu jasność, jednak z każdą sekundą zanikały one coraz bardziej aby w końcu ustąpić miejsca ich siostrze- ciemności- która z chęcią przykryła nieboskłon kołdrą z gwiazd.
Siedziałem w bezruchu czując pod łapami zanikające ciepło piasku, leniwie przesuwając po nim ogonem. Nagle moje uszy pochwyciły odgłos zbliżających się cicho kroków, więc wyostrzyłem uwagę, bynajmniej nie ruszając się z miejsca. Ze wzrokiem cały czas utkwionym w miejscu, gdzie po raz ostatni widziałem słońce, czekałem na zbliżenie się idącego w moim kierunku dzikiego kota, siedząc w całkowitym bezruchu. Po kilkunastu kolejnych sekundach wyczułem jego obecność po mojej prawej stronie.
-Zwiadowcy już wyruszyli.- powiedział cichy głos jednego z moich najdawniejszych przyjaciół, Sewery, która jako jedna z pierwszych udała się na pustynię.
-Dzięki Sewero.- skierowałem na nią swój wzrok i uśmiechnąłem się widząc w mroku zarys jej smukłej sylwetki oraz odbijające się w jej zielonych oczach światło księżyca.
-Matka cię woła. Nie chce żebyś tu umarł z samotności.- zaśmiała się złośliwie siadając tuż obok mnie, zanurzając pazury w piasku i co róż je wyciągając.
Matka był drugim z moich starych przyjaciół, który był zaledwie rok starszy ode mnie, lecz zachowywał się jak rodzic całej grupy. Stąd jego przezwisko; nieustannie martwił się o swoją drugą rodzinę i tak naprawdę to on dbał o to aby każdy miał wszystko czego potrzebuje. Nie mógł ścierpieć, gdy ktoś sam siedział w nocy z dala od reszty, narażony na chłód i niespodziewany atak. Westchnąłem teatralnie i powoli wstałem, czując krótki ból w mięśniach będący skutkiem siedzenia w miejscu przez dłuższy czas.
-Można by pomyśleć, że to on tu rządzi.- uśmiechnąłem się krzywo, a Sewera prychnęła.
-Bo taka jest prawda.- mruknęła, po czym wybuchnęła cichym śmiechem. Pokręciłem tylko głową z ubolewaniem, przewróciłem oczami, tak aby mogła to zobaczyć i odwróciłem się w stronę miejsca, gdzie w ostatnich dniach stacjonowała nasza grupa. Kocica podążała tuż za mną niby mój cień, bezszelestnie sunąc po piasku. Wracając do tego co koty z Lasu mówiły, Sewera miała coś z węża; niebezpieczna, ale znająca umiar lwica mogąca podejść z zaskoczenia każdego, nie wydając przy tym dźwięku.
Naszemu spacerowi towarzyszyła cisza, przerywana od czasu do czasu pociągłym wyciem pustynnych psów polującym po zapadnięciu zmroku lub zwiastującym zagrożenie delikatnym sykiem w pobliżu. Księżyc oświetlał drogę, a temperatura wyraźnie malała. Moim ciałem wstrząsnęły lekkie dreszcze, które zaraz umilkły, na wskutek powiewu odrobinę cieplejszego wiatru. Noc wydawała się spokojna i cicha, jednak mimo to uważnie przebiegałem spojrzeniem tu i tam w poszukiwaniu jakiegoś ruchu, skupiłem na dobiegających zewsząd odgłosach i zapachach. Nigdy nie wiadomo czy coś lub ktoś nie czai się w mrokach nocy. W dodatku od ponad tygodnia nie mieliśmy żadnych potyczek z kotami Kwarastesa, należało więc mieć oczy dookoła głowy przez cały czas. Naprawdę rzadko kiedy zapadała cisza na tak długi okres czasu.
To właśnie w takim czasie jak ten najczęściej ujawniała się ilość zmartwienia i stresu, które nosiłem w sobie na co dzień. Z braku innych rozrywek najczęściej pogrążałem się w myślach, cały czas musząc zwracać uwagę na otoczenie. Walka i chęć przetrwania oraz zapewnienia względnego bezpieczeństwa grupie odbierała mi chwile na użalanie się nad sobą, więc zazwyczaj nie czułem się taki zmęczony. Właśnie, zmęczony. W takich chwilach jak ta niespodziewanie na kark spadał mi ogrom odpowiedzialności i czarno malująca się przyszłość. Całe szczęście zdołałem to jakoś ze sobą pogodzić i przyzwyczaić się, więc nie obawiałem się chwili samotności czy odpoczynku. Zbyt kochałem pustynię i moją drugą rodzinę aby długo martwić się o jutrzejszy dzień czy też być od środka wyniszczanym przez stres. Takie życie, raz na wozie raz pod wozem...
Coś poruszyło się po naszej lewej, stojąc nisko na ugiętych łapach jakby przygotowane do skoku. Spiąłem mięśnie i zatrzymałem się, lecz w tej chwili odezwał się znajomy, kpiący głos.
-Ach, to ty. Palajmosie. Z Sewerą, no, no... Czyżbyś nie wiedział, że nocne przechadzki nawet z tak piękną damą nie są warte utraty życia?- prychnąłem na te słowa, jednocześnie z Sewerą, która zrobiła to na wzmiankę o pięknej damie. To prawda, miała godną podziwu urodę, lecz gardziła związkami. Mówiła, że chce być ptakiem wolnym, a nie spętanym przez łańcuch partnerstwa.
-Jakbym nigdy nie szedł sam w nocy na obserwację czy wycieczkę do Lasu.- mruknąłem cicho, ale tak aby Tekus mógł mnie usłyszeć. Wzruszył jedynie barkami i wyszczerzył zęby w uśmiechu.
-Dobra, idźcie. Nie mogę wam przecież poświęcać całej uwagi.- rzucił, po czym odszedł dalej wypatrując niebezpieczeństwa. Spotkanie z nim oznaczało, że jesteśmy już po połowie drogi, był bowiem pierwszą z czujek nocnych patrolujących wyznaczony obszar pustyni.
Szliśmy dalej, nadal w milczeniu. Parędziesiąt minut później natknęliśmy się na kolejnego strażnika- Husa. Minęliśmy go po paru słowach powitania, po czym kontynuowaliśmy wędrówkę. Po kolejnych trzydziestu minutach drogę zagrodził nam Sawier, który gdy tylko zdał sobie sprawę, że to my, bez słowa skoczył w noc.
W końcu naszym oczom ukazał się delikatny uskok, zza którego biła delikatna jasność. Zapalili sobie ogień, cwaniaczki. Szybko pokonaliśmy ten ostatni odcinek drogi, a wkrótce naszym oczom ukazało się sześcioro dzielnych, zaufanych i niesamowitych towarzyszy, którzy albo leżeli wokół małego ogniska albo rozmawiali stojąc przy płomieniach aby się ogrzać. Obok nich, na uboczu siedział całkiem spory lew o ciemnobrązowej grzywie i odrobinę jaśniejszym futrze, którego nie znałem. Zmierzyłem go uważnym spojrzeniem, po czym skierowałem wzrok na przyjaciół przy ogniu. Pierwszy dostrzegł nas Duktet, któremu zalśnił w oku jasny blask.
-Koty, Lajmos i Sewer wrócili.- wprost uwielbiał skracać imiona wszystkich, których znał i nic nie robił sobie z tego, że komuś się to nie podobało. Trzeba było się przyzwyczaić, bo inna opcja nie wchodziła w grę. Wszyscy, nawet ja i Grasmos, który na początku miał ochotę zapchać mu pysk piaskiem dali za wygraną, mimo długiej i zażartej walki.
Obcy kot podniósł głowę i wpatrzył się we mnie intensywnymi, ciemnymi ślepiami o poważnym wyrazie, nie spuszczając wzroku ani na moment. Widziałem to spojrzenie katem oka, ale póki co nie odwzajemniłem go, kierując uwagę na przyjaciół, których część pozostała na miejscach, a część podniosła się z ziemi aby nas powitać. Pierwszy dopadł nas Matka.
-Do diabła, wy młodzi! Ile razy mam się powtarzać?- spytał z udawanym gniewem, który wyszedł mu naprawdę słabo, na wskutek wylewającego się jak przelana woda w szklance uśmiechu. Dla niego już nie ma nadziei.
-Wcale nie musisz, staruszku.- odparła Sewera zamiatając ogonem z maską powagi na pysku. Matka jedynie zaśmiał się, po czym popchnął nas ku ogniu i podczas wykonywania tej czynności szepnął mi do ucha:
-Ten lew przy cieniu przyszedł do ciebie.- wymruczał ledwo dosłyszalnie. Wtedy dopiero skupiłem pełną uwagę na siedzącego we względnej samotności obcego kota. Z niepokojem obserwowałem drogę, którą pokonałby gdyby chciał uciec i po zmierzeniu spojrzeniem dystansu z pewnym spokojem ustaliłem, że daleko by nie uszedł. Skąd przecież mieliśmy wiedzieć czy nie jest to szpieg z Lasu?
Następnie podeszli do mnie Rowen i Dardes, którzy zdali mi sprawozdanie z minionego dnia, jako, że nie byłem z nimi od wczorajszego wieczora. Sewera cicho stała za mną i w milczeniu przysłuchiwała się słowom, które padały z pysków obu kotów. Po zakończeniu całkiem krótkiego raportu podziękowałem im, po czym poprosiłem o chwilę samotności patrząc kątem oka na wyraźnie czekającego obcego lwa. Oddalili się na pewną odległość i zaczęli się przekomarzać, wszyscy oprócz Rowena i Jarewa, którzy oglądali i przysłuchiwali się bardzo uważnie każdemu zdaniu; Rowen z wieczną maską powagi, a Jarew z cieniem rozbawienia w wyrazie. Jak dzieci. Z udawanym ubolewaniem pokręciłem głową widząc radość płynącą z uczestniczących w kłótni, po czym nie chcąc przedłużać nieznajomemu jeszcze bardziej jego czasu oczekiwania skierowałem ku niemu swe kroki. Widząc moje ruchy, podniósł się powoli, lecz nie podszedł, czekał w bezruchu na to aż się zbliżę.
-Mam nadzieję, że nie działasz przeciwko nam, inaczej będziesz musiał odejść jak najszybciej.- rozpocząłem niskim głosem, rzucając mu poważne spojrzenie prosto w oczy. Lew nie spuścił wzroku, jedynie uniósł odrobinę wyżej głowę stanowczym ruchem i odparł całkowicie opanowanym głosem:
-Nie przyszedłem tu w celach, które miałyby dostarczyć kotom z Lasu jakichkolwiek informacji o tobie czy twojej grupie, Palajmosie.- ton jakim wypowiedział słowo kotom, był wyraźnie pogardliwy. Miałem wrażenie, że mogę owemu lwu zaufać, jednak póki co zabroniłem sobie tego; zawsze mógł udawać, choć wyglądał na całkiem wiarygodnego.
-W takim razie jak nas znalazłeś i co cię do nas sprowadza?- zapytałem mrużąc oczy aby obcy nie mógł ujrzeć jak rozglądam się ukradkiem po rozpoczynających się parę metrów od nas ciemnościach. Lew przechylił łeb tnąc ogonem powietrze, które powoli nabierało napięcia.
-Mam swoje sposoby i swoich informatorów w Lesie, którzy są po waszej stronie, tak samo jak i ja. Co do drugiego pytania, pewnie domyślasz się jednego z powodów.- tak, oczywiście. Chciał dołączyć do Dzieci Pustyni, skoro wyznał, że stoi za nami w sprawie, która poróżniła nas przed laty z mieszkającymi dalej wśród drzew dzikimi kotami, niegdyś naszymi partnerami w polowaniach i wspólnym życiu.
-Powiedziałeś jeden z powodów. Jest więc ich więcej.- stwierdziłem przyglądając się mimice nieznajomego lwa, który dalej nie pokazywał żadnych emocji. Skinął jedynie głową.
-Dokładniej jeden.- sprostował drapiąc pazurami piasek i przyglądając się mu z zainteresowaniem. Czekałem cierpliwie w milczeniu na jego dalsze słowa siadając, aby pokazać mu, że nie mam na razie zamiaru traktować go jak obcego. Skoro chciał dołączyć do rebeliantów i jeżeli wkrótce się to stanie, będzie członkiem rodziny. Ale czy jest godny zaufania?
-Mianowicie chciałem się spytać o kogoś, kto dołączył do was przed laty.- nastawiłem uszu z zainteresowaniem. Czyżby był to członek rodziny lub znajomy któregoś z moich żyjących lub poległych przyjaciół?
-Jego imię brzmi, lub brzmiało, Maverick.- zamurowało mnie, dosłownie nie mogłem się ruszyć, jedynie wytrzeszczałem oczy na tego lwa, który właśnie powiedział moje stare imię. Zaraz jednak skoczyłem ku niemu i warknąłem mu w ucho:
-Cicho! Nie wymawiaj tu więcej tego imienia, bo ujawnisz tożsamość jego posiadacza.- Lwu podekscytowaniem błysnęły oczy, gdy usłyszał ostatnie słowa mojej wypowiedzi.
-Więc on żyje?- spytał z ledwo widoczną nadzieją zrzucając na parę sekund maskę obojętności.
-Owszem.- powstrzymałem się od powiedzenia mu, że mówił o mnie, nie wiedząc nadal czy jest godny zaufania. Tak wielkiej tajemnicy nie mogłem ujawnić pierwszemu lepszemu kotu, który znał je w przeszłości.
-Ale skąd go nasz?- spytałem podejrzliwie rzucając spojrzenie w stronę mojej grupy. Z odległości, w której się znajdowali nie było mowy aby usłyszeli naszą rozmowę. Jedynymi, którzy znali moją prawdziwą tożsamość byli Sewera, Matka i Tekus, których darzę przyjaźnią niemal od początku mojego życia. Ja znałem ich, a oni znali mnie, jednak przysięgliśmy sobie nawzajem, że od czasu ponownego spotkania w szeregach Dzieci Pustyni nigdy nie użyjemy swoich prawdziwych imion bez wyraźnego polecenia ze strony każdego z posiadaczy.
-To mój brat.- po raz kolejny moje członki zostały pozbawione zdolności ruchów. Z niedowierzaniem wpatrywałem się w oblicze stojącego przede mną lwa, który jeszcze chwilą był mi nieznajomym.
-Jastes?- spytałem cicho, jakby bojąc się usłyszeć odpowiedź przeczącą, lecz lew otworzył szeroko oczy i wbił we mnie zdziwione, ale i całkowicie szczęśliwe spojrzenie, którego nigdy później nie dane mi było ponownie zobaczyć.
-To ty, prawda?- zapytał z entuzjazmem, a ja jedynie pokiwałem głową na znak zgody, bez mrugnięcia wpatrując się w niego, jak oślepiona przez światła nadjeżdżającego samochodu stojąca na szosie sarna. Jastes przyskoczył do mnie jak młody kociak, wspiął się na tylne łapy, a przednie oparł na moim grzbiecie i ugryzł mnie całkiem mocno w ucho.
-Co robisz, u licha?- spytałem go ze śmiechem, w końcu odzyskując zdolność normalnego poruszania się i mowy.
-A niech cię! Nie widziałem cię przez ponad dwa lata! Co ty sobie myślisz, że jak mnie tam zostawiłeś to się mnie pozbędziesz i nie unikniesz kary?- zapytał z udawanym wzburzeniem, napierając na mnie całym ciałem, próbując mnie przewrócić. Prychnąłem.
-Phi! Już się boję.- wyszczerzyłem zęby w diabelskim uśmiechu, rzucając mu wyzwanie, które z chęcią przyjął, bo parę sekund później opuścił się na ziemię i pchnął mnie w bok, starając się przewrócić.
-Próbuj dalej.- rzuciłem po tym, jak odsunąłem się o krok i szybko przerzuciłem spojrzenie na stojącą po drugiej stronie ogniska grupę, która porzuciwszy kłótnię teraz przypatrywała się nam z wyraźnym zainteresowaniem, lecz uszanowała moja prośbę o chwilę samotności z Jastesem.
Mój brat odskoczył i przekręcił głowę patrząc na mnie kpiąco, z jednym przymkniętym okiem.
-Co się tak cieszysz?- mruknąłem napinając mięśnie w oczekiwaniu na jakąś niespodziankę. Nic jednak nie przygotowało mnie na nagły, pierońsko mocny podmuch wiatru, który pchnął mnie i wbił w piasek. Wstałem powoli i otrzepałem się z godnością, po czym wolnym krokiem podszedłem do Jastesa kręcąc głową na znak przerwania naszej małej walki.
-Widzę bracie, że i ty masz niecodzienne zdolności. To jednak nie tłumaczy twojej nieczystej gry.- Lew cofnął się o krok i delikatnie uśmiechnął przyglądając mi się jakby mnie dopiero co ujrzał.
-Powiedziałeś: i ty.- uniósł brew w niemym pytaniu.
-Owszem. Wiatr?- kiwnął łbem w zgodzie.
-A ty?- uderzyłem ogonem w ziemię.
-Piasek.- Jastesowi uśmiech nie schodził z pyska, tak samo jak i mi. Szczerze tęskniłem za moim bratem, choć spędziłem z nim o wiele mniej czasu niż normalna rodzina, a wszystko z powodu poczucia obowiązku i niechęci do Kwarastesa. Nie sądziłem, że zobaczę go kiedyś jeszcze za czasów Kwarastesa u władzy, tym bardziej więc cieszyłem się z ponownego spotkania. Cofnąłem się o krok i dokładnie przyjrzałem. Wyglądał tak niepodobnie do tego małego kociaka, jakim był te ponad dwa lata temu! Sierść porastająca jego grzbiet z biegiem czasu ściemniała, teraz mając kolor czekolady, tak samo jak i bujna grzywa o parę odcieni ciemniejsza. Wyrósł na wysokiego, smukłego kota, któremu pod skórą rysowały się wyćwiczone i twarde mięśnie, pełnego pewności i spokoju. Cała jego sylwetka promieniała dumą i godnością. Mój dzieciak.
-Jak się miewa Rosalia?- zapytałem siadając. Mojemu bratu uśmiech powoli ześlizgnął się z pyska, a w jego oczy napełniły się pewnym bólem, którego nie starał się ani trochę ukrywać, jak to miał w zwyczaju robić potem. Lśniły, odbijając płochliwe płomienie ogniska, niespokojnie trzepiące zabójczymi językami w stronę nieba.
-Odeszła.- powiedział tylko to jedno słowo, wpatrując się w jeden punkt gdzieś ponad moją głową. Nic na to nie rzekłem, ponieważ owa strata ukuła i mnie; co więc musiał przeżywać Jastes, którego lwica wychowała jak własnego syna? Siedzieliśmy parę chwil w ciszy upamiętniającej oddaną przyjaciółkę naszej rodziny, tępo wpatrując się w pierwsze lepsze miejsca, które przyciągnęły wzrok. W końcu Jastes westchnął i podniósł wzrok.
-W takim razie pozwolisz mi dołączyć do twojej grupy?- zapytał z nadzieją. Automatycznie włączył mi się tryb opiekuńczego, starszego brata, który stanowczo sprzeciwił się dopuszczeniu swojego młodszego rodzeństwa do walki i niebezpiecznych momentów, w których łatwo o utratę życia. Jednak z drugiej strony nie chciałem puszczać go z powrotem do Lasu, pod niewolę Kwarastesa, z dala ode mnie, samego. Miał prawo do wolności, tak jak i ja. Jak mogłem mu zabronić bronienia tych wszystkich niewinnych kotów od trującego jadu słów Lidera Lasu? Podążania za własną drogą i marzeniami? Pamiętałem doskonale moją ogromną chęć wyrwania się tutaj, na pustynię, z dala od tego oszczercy i mordercy. Westchnąłem ciężko w duchu, podejmując trudną decyzję.
-Jeśli tego pragniesz, nie mogę ci tego zabronić.- Jastesowi, któremu do tej pory towarzyszył wyraźny niepokój o moje słowa jakby ciężar zsunął się z grzbietu; ciało rozluźniło się, a błysk w oku powrócił z podwójną mocą.
-Oczywiście, że tak.- stwierdził ze stalową pewnością prostując sylwetkę i unosząc głowę.
-W takim razie, bracie, musisz porzucić swoje stare imię i przyjąć nowe jakoby ono było tym pierwotnym. Pod żadnym pozorem nikt nie może znać twojej prawdziwej tożsamości, ponieważ mogłoby mieć to naprawdę okropne skutki w przyszłości.- Jastes przymknął oczy w zamyśleniu, po czym rzucił z wahaniem:
-Co powiesz na Pratiana?
-Świetnie.- dałem mu uspokajający uśmiech.- A zatem Pratianie, chodź, poznasz swoją nową rodzinę.- począłem iść w kierunku ognia, lecz nagle zatrzymałem się.
-I już nigdy nie nazywaj mnie Maverickiem. Teraz moje imię brzmi Palajmos.- powiedziałem stanowczo przeszywając go proszącym, ale i zdeterminowanym spojrzeniem. Ten tylko skinął głową w zrozumieniu i podążył za mną do swojego nowego życia.
Gdybym ponownie musiał stanąć na tym samym rozwidleniu dróg, nie wahałbym się ani chwili. Jeszcze raz wybrałbym pustynię i związane z nią niebezpieczeństwa oraz niewygody. Przez te wszystkie lata Las stał mi się obcy. Silne wiatry nadciągającego huraganu fałszu i kłamstw wyrwały z niego moje korzenie i odcięły soki, dające beztroskę i życiową radość. Jednak nie upadłem tak jak martwe drzewo powalone bezlitośnie owym huraganem, rzucone na pastwę srożącej się burzy. Wraz z moją dzisiejszą nową rodziną porzuciłem pobojowisko gnijących, sponiewieranych i pochylonych pod wpływem wichury drzew. Odszedłem gnany chęcią zaradzenia chorobie, która od tamtego czasu poczęła trawić niegdyś piękne, kwitnące w bezpieczeństwie i dobrobycie drzewa, które teraz albo zbyt zmęczone tym wiatrem albo w strachu przed jego potężną siłą albo zadowolone jego niszczycielską potęgą pozostawały w miejscu nie mogąc lub nie chcąc odejść z miejsca, które było jego królestwem, a jednocześnie ich domem.
Słońce skryło się już przed wzrokiem, posyłając jedynie ostatnie krwistoczerwone blaski aby jeszcze choć chwilę móc zapewnić światu jasność, jednak z każdą sekundą zanikały one coraz bardziej aby w końcu ustąpić miejsca ich siostrze- ciemności- która z chęcią przykryła nieboskłon kołdrą z gwiazd.
Siedziałem w bezruchu czując pod łapami zanikające ciepło piasku, leniwie przesuwając po nim ogonem. Nagle moje uszy pochwyciły odgłos zbliżających się cicho kroków, więc wyostrzyłem uwagę, bynajmniej nie ruszając się z miejsca. Ze wzrokiem cały czas utkwionym w miejscu, gdzie po raz ostatni widziałem słońce, czekałem na zbliżenie się idącego w moim kierunku dzikiego kota, siedząc w całkowitym bezruchu. Po kilkunastu kolejnych sekundach wyczułem jego obecność po mojej prawej stronie.
-Zwiadowcy już wyruszyli.- powiedział cichy głos jednego z moich najdawniejszych przyjaciół, Sewery, która jako jedna z pierwszych udała się na pustynię.
-Dzięki Sewero.- skierowałem na nią swój wzrok i uśmiechnąłem się widząc w mroku zarys jej smukłej sylwetki oraz odbijające się w jej zielonych oczach światło księżyca.
-Matka cię woła. Nie chce żebyś tu umarł z samotności.- zaśmiała się złośliwie siadając tuż obok mnie, zanurzając pazury w piasku i co róż je wyciągając.
Matka był drugim z moich starych przyjaciół, który był zaledwie rok starszy ode mnie, lecz zachowywał się jak rodzic całej grupy. Stąd jego przezwisko; nieustannie martwił się o swoją drugą rodzinę i tak naprawdę to on dbał o to aby każdy miał wszystko czego potrzebuje. Nie mógł ścierpieć, gdy ktoś sam siedział w nocy z dala od reszty, narażony na chłód i niespodziewany atak. Westchnąłem teatralnie i powoli wstałem, czując krótki ból w mięśniach będący skutkiem siedzenia w miejscu przez dłuższy czas.
-Można by pomyśleć, że to on tu rządzi.- uśmiechnąłem się krzywo, a Sewera prychnęła.
-Bo taka jest prawda.- mruknęła, po czym wybuchnęła cichym śmiechem. Pokręciłem tylko głową z ubolewaniem, przewróciłem oczami, tak aby mogła to zobaczyć i odwróciłem się w stronę miejsca, gdzie w ostatnich dniach stacjonowała nasza grupa. Kocica podążała tuż za mną niby mój cień, bezszelestnie sunąc po piasku. Wracając do tego co koty z Lasu mówiły, Sewera miała coś z węża; niebezpieczna, ale znająca umiar lwica mogąca podejść z zaskoczenia każdego, nie wydając przy tym dźwięku.
Naszemu spacerowi towarzyszyła cisza, przerywana od czasu do czasu pociągłym wyciem pustynnych psów polującym po zapadnięciu zmroku lub zwiastującym zagrożenie delikatnym sykiem w pobliżu. Księżyc oświetlał drogę, a temperatura wyraźnie malała. Moim ciałem wstrząsnęły lekkie dreszcze, które zaraz umilkły, na wskutek powiewu odrobinę cieplejszego wiatru. Noc wydawała się spokojna i cicha, jednak mimo to uważnie przebiegałem spojrzeniem tu i tam w poszukiwaniu jakiegoś ruchu, skupiłem na dobiegających zewsząd odgłosach i zapachach. Nigdy nie wiadomo czy coś lub ktoś nie czai się w mrokach nocy. W dodatku od ponad tygodnia nie mieliśmy żadnych potyczek z kotami Kwarastesa, należało więc mieć oczy dookoła głowy przez cały czas. Naprawdę rzadko kiedy zapadała cisza na tak długi okres czasu.
To właśnie w takim czasie jak ten najczęściej ujawniała się ilość zmartwienia i stresu, które nosiłem w sobie na co dzień. Z braku innych rozrywek najczęściej pogrążałem się w myślach, cały czas musząc zwracać uwagę na otoczenie. Walka i chęć przetrwania oraz zapewnienia względnego bezpieczeństwa grupie odbierała mi chwile na użalanie się nad sobą, więc zazwyczaj nie czułem się taki zmęczony. Właśnie, zmęczony. W takich chwilach jak ta niespodziewanie na kark spadał mi ogrom odpowiedzialności i czarno malująca się przyszłość. Całe szczęście zdołałem to jakoś ze sobą pogodzić i przyzwyczaić się, więc nie obawiałem się chwili samotności czy odpoczynku. Zbyt kochałem pustynię i moją drugą rodzinę aby długo martwić się o jutrzejszy dzień czy też być od środka wyniszczanym przez stres. Takie życie, raz na wozie raz pod wozem...
Coś poruszyło się po naszej lewej, stojąc nisko na ugiętych łapach jakby przygotowane do skoku. Spiąłem mięśnie i zatrzymałem się, lecz w tej chwili odezwał się znajomy, kpiący głos.
-Ach, to ty. Palajmosie. Z Sewerą, no, no... Czyżbyś nie wiedział, że nocne przechadzki nawet z tak piękną damą nie są warte utraty życia?- prychnąłem na te słowa, jednocześnie z Sewerą, która zrobiła to na wzmiankę o pięknej damie. To prawda, miała godną podziwu urodę, lecz gardziła związkami. Mówiła, że chce być ptakiem wolnym, a nie spętanym przez łańcuch partnerstwa.
-Jakbym nigdy nie szedł sam w nocy na obserwację czy wycieczkę do Lasu.- mruknąłem cicho, ale tak aby Tekus mógł mnie usłyszeć. Wzruszył jedynie barkami i wyszczerzył zęby w uśmiechu.
-Dobra, idźcie. Nie mogę wam przecież poświęcać całej uwagi.- rzucił, po czym odszedł dalej wypatrując niebezpieczeństwa. Spotkanie z nim oznaczało, że jesteśmy już po połowie drogi, był bowiem pierwszą z czujek nocnych patrolujących wyznaczony obszar pustyni.
Szliśmy dalej, nadal w milczeniu. Parędziesiąt minut później natknęliśmy się na kolejnego strażnika- Husa. Minęliśmy go po paru słowach powitania, po czym kontynuowaliśmy wędrówkę. Po kolejnych trzydziestu minutach drogę zagrodził nam Sawier, który gdy tylko zdał sobie sprawę, że to my, bez słowa skoczył w noc.
W końcu naszym oczom ukazał się delikatny uskok, zza którego biła delikatna jasność. Zapalili sobie ogień, cwaniaczki. Szybko pokonaliśmy ten ostatni odcinek drogi, a wkrótce naszym oczom ukazało się sześcioro dzielnych, zaufanych i niesamowitych towarzyszy, którzy albo leżeli wokół małego ogniska albo rozmawiali stojąc przy płomieniach aby się ogrzać. Obok nich, na uboczu siedział całkiem spory lew o ciemnobrązowej grzywie i odrobinę jaśniejszym futrze, którego nie znałem. Zmierzyłem go uważnym spojrzeniem, po czym skierowałem wzrok na przyjaciół przy ogniu. Pierwszy dostrzegł nas Duktet, któremu zalśnił w oku jasny blask.
-Koty, Lajmos i Sewer wrócili.- wprost uwielbiał skracać imiona wszystkich, których znał i nic nie robił sobie z tego, że komuś się to nie podobało. Trzeba było się przyzwyczaić, bo inna opcja nie wchodziła w grę. Wszyscy, nawet ja i Grasmos, który na początku miał ochotę zapchać mu pysk piaskiem dali za wygraną, mimo długiej i zażartej walki.
Obcy kot podniósł głowę i wpatrzył się we mnie intensywnymi, ciemnymi ślepiami o poważnym wyrazie, nie spuszczając wzroku ani na moment. Widziałem to spojrzenie katem oka, ale póki co nie odwzajemniłem go, kierując uwagę na przyjaciół, których część pozostała na miejscach, a część podniosła się z ziemi aby nas powitać. Pierwszy dopadł nas Matka.
-Do diabła, wy młodzi! Ile razy mam się powtarzać?- spytał z udawanym gniewem, który wyszedł mu naprawdę słabo, na wskutek wylewającego się jak przelana woda w szklance uśmiechu. Dla niego już nie ma nadziei.
-Wcale nie musisz, staruszku.- odparła Sewera zamiatając ogonem z maską powagi na pysku. Matka jedynie zaśmiał się, po czym popchnął nas ku ogniu i podczas wykonywania tej czynności szepnął mi do ucha:
-Ten lew przy cieniu przyszedł do ciebie.- wymruczał ledwo dosłyszalnie. Wtedy dopiero skupiłem pełną uwagę na siedzącego we względnej samotności obcego kota. Z niepokojem obserwowałem drogę, którą pokonałby gdyby chciał uciec i po zmierzeniu spojrzeniem dystansu z pewnym spokojem ustaliłem, że daleko by nie uszedł. Skąd przecież mieliśmy wiedzieć czy nie jest to szpieg z Lasu?
Następnie podeszli do mnie Rowen i Dardes, którzy zdali mi sprawozdanie z minionego dnia, jako, że nie byłem z nimi od wczorajszego wieczora. Sewera cicho stała za mną i w milczeniu przysłuchiwała się słowom, które padały z pysków obu kotów. Po zakończeniu całkiem krótkiego raportu podziękowałem im, po czym poprosiłem o chwilę samotności patrząc kątem oka na wyraźnie czekającego obcego lwa. Oddalili się na pewną odległość i zaczęli się przekomarzać, wszyscy oprócz Rowena i Jarewa, którzy oglądali i przysłuchiwali się bardzo uważnie każdemu zdaniu; Rowen z wieczną maską powagi, a Jarew z cieniem rozbawienia w wyrazie. Jak dzieci. Z udawanym ubolewaniem pokręciłem głową widząc radość płynącą z uczestniczących w kłótni, po czym nie chcąc przedłużać nieznajomemu jeszcze bardziej jego czasu oczekiwania skierowałem ku niemu swe kroki. Widząc moje ruchy, podniósł się powoli, lecz nie podszedł, czekał w bezruchu na to aż się zbliżę.
-Mam nadzieję, że nie działasz przeciwko nam, inaczej będziesz musiał odejść jak najszybciej.- rozpocząłem niskim głosem, rzucając mu poważne spojrzenie prosto w oczy. Lew nie spuścił wzroku, jedynie uniósł odrobinę wyżej głowę stanowczym ruchem i odparł całkowicie opanowanym głosem:
-Nie przyszedłem tu w celach, które miałyby dostarczyć kotom z Lasu jakichkolwiek informacji o tobie czy twojej grupie, Palajmosie.- ton jakim wypowiedział słowo kotom, był wyraźnie pogardliwy. Miałem wrażenie, że mogę owemu lwu zaufać, jednak póki co zabroniłem sobie tego; zawsze mógł udawać, choć wyglądał na całkiem wiarygodnego.
-W takim razie jak nas znalazłeś i co cię do nas sprowadza?- zapytałem mrużąc oczy aby obcy nie mógł ujrzeć jak rozglądam się ukradkiem po rozpoczynających się parę metrów od nas ciemnościach. Lew przechylił łeb tnąc ogonem powietrze, które powoli nabierało napięcia.
-Mam swoje sposoby i swoich informatorów w Lesie, którzy są po waszej stronie, tak samo jak i ja. Co do drugiego pytania, pewnie domyślasz się jednego z powodów.- tak, oczywiście. Chciał dołączyć do Dzieci Pustyni, skoro wyznał, że stoi za nami w sprawie, która poróżniła nas przed laty z mieszkającymi dalej wśród drzew dzikimi kotami, niegdyś naszymi partnerami w polowaniach i wspólnym życiu.
-Powiedziałeś jeden z powodów. Jest więc ich więcej.- stwierdziłem przyglądając się mimice nieznajomego lwa, który dalej nie pokazywał żadnych emocji. Skinął jedynie głową.
-Dokładniej jeden.- sprostował drapiąc pazurami piasek i przyglądając się mu z zainteresowaniem. Czekałem cierpliwie w milczeniu na jego dalsze słowa siadając, aby pokazać mu, że nie mam na razie zamiaru traktować go jak obcego. Skoro chciał dołączyć do rebeliantów i jeżeli wkrótce się to stanie, będzie członkiem rodziny. Ale czy jest godny zaufania?
-Mianowicie chciałem się spytać o kogoś, kto dołączył do was przed laty.- nastawiłem uszu z zainteresowaniem. Czyżby był to członek rodziny lub znajomy któregoś z moich żyjących lub poległych przyjaciół?
-Jego imię brzmi, lub brzmiało, Maverick.- zamurowało mnie, dosłownie nie mogłem się ruszyć, jedynie wytrzeszczałem oczy na tego lwa, który właśnie powiedział moje stare imię. Zaraz jednak skoczyłem ku niemu i warknąłem mu w ucho:
-Cicho! Nie wymawiaj tu więcej tego imienia, bo ujawnisz tożsamość jego posiadacza.- Lwu podekscytowaniem błysnęły oczy, gdy usłyszał ostatnie słowa mojej wypowiedzi.
-Więc on żyje?- spytał z ledwo widoczną nadzieją zrzucając na parę sekund maskę obojętności.
-Owszem.- powstrzymałem się od powiedzenia mu, że mówił o mnie, nie wiedząc nadal czy jest godny zaufania. Tak wielkiej tajemnicy nie mogłem ujawnić pierwszemu lepszemu kotu, który znał je w przeszłości.
-Ale skąd go nasz?- spytałem podejrzliwie rzucając spojrzenie w stronę mojej grupy. Z odległości, w której się znajdowali nie było mowy aby usłyszeli naszą rozmowę. Jedynymi, którzy znali moją prawdziwą tożsamość byli Sewera, Matka i Tekus, których darzę przyjaźnią niemal od początku mojego życia. Ja znałem ich, a oni znali mnie, jednak przysięgliśmy sobie nawzajem, że od czasu ponownego spotkania w szeregach Dzieci Pustyni nigdy nie użyjemy swoich prawdziwych imion bez wyraźnego polecenia ze strony każdego z posiadaczy.
-To mój brat.- po raz kolejny moje członki zostały pozbawione zdolności ruchów. Z niedowierzaniem wpatrywałem się w oblicze stojącego przede mną lwa, który jeszcze chwilą był mi nieznajomym.
-Jastes?- spytałem cicho, jakby bojąc się usłyszeć odpowiedź przeczącą, lecz lew otworzył szeroko oczy i wbił we mnie zdziwione, ale i całkowicie szczęśliwe spojrzenie, którego nigdy później nie dane mi było ponownie zobaczyć.
-To ty, prawda?- zapytał z entuzjazmem, a ja jedynie pokiwałem głową na znak zgody, bez mrugnięcia wpatrując się w niego, jak oślepiona przez światła nadjeżdżającego samochodu stojąca na szosie sarna. Jastes przyskoczył do mnie jak młody kociak, wspiął się na tylne łapy, a przednie oparł na moim grzbiecie i ugryzł mnie całkiem mocno w ucho.
-Co robisz, u licha?- spytałem go ze śmiechem, w końcu odzyskując zdolność normalnego poruszania się i mowy.
-A niech cię! Nie widziałem cię przez ponad dwa lata! Co ty sobie myślisz, że jak mnie tam zostawiłeś to się mnie pozbędziesz i nie unikniesz kary?- zapytał z udawanym wzburzeniem, napierając na mnie całym ciałem, próbując mnie przewrócić. Prychnąłem.
-Phi! Już się boję.- wyszczerzyłem zęby w diabelskim uśmiechu, rzucając mu wyzwanie, które z chęcią przyjął, bo parę sekund później opuścił się na ziemię i pchnął mnie w bok, starając się przewrócić.
-Próbuj dalej.- rzuciłem po tym, jak odsunąłem się o krok i szybko przerzuciłem spojrzenie na stojącą po drugiej stronie ogniska grupę, która porzuciwszy kłótnię teraz przypatrywała się nam z wyraźnym zainteresowaniem, lecz uszanowała moja prośbę o chwilę samotności z Jastesem.
Mój brat odskoczył i przekręcił głowę patrząc na mnie kpiąco, z jednym przymkniętym okiem.
-Co się tak cieszysz?- mruknąłem napinając mięśnie w oczekiwaniu na jakąś niespodziankę. Nic jednak nie przygotowało mnie na nagły, pierońsko mocny podmuch wiatru, który pchnął mnie i wbił w piasek. Wstałem powoli i otrzepałem się z godnością, po czym wolnym krokiem podszedłem do Jastesa kręcąc głową na znak przerwania naszej małej walki.
-Widzę bracie, że i ty masz niecodzienne zdolności. To jednak nie tłumaczy twojej nieczystej gry.- Lew cofnął się o krok i delikatnie uśmiechnął przyglądając mi się jakby mnie dopiero co ujrzał.
-Powiedziałeś: i ty.- uniósł brew w niemym pytaniu.
-Owszem. Wiatr?- kiwnął łbem w zgodzie.
-A ty?- uderzyłem ogonem w ziemię.
-Piasek.- Jastesowi uśmiech nie schodził z pyska, tak samo jak i mi. Szczerze tęskniłem za moim bratem, choć spędziłem z nim o wiele mniej czasu niż normalna rodzina, a wszystko z powodu poczucia obowiązku i niechęci do Kwarastesa. Nie sądziłem, że zobaczę go kiedyś jeszcze za czasów Kwarastesa u władzy, tym bardziej więc cieszyłem się z ponownego spotkania. Cofnąłem się o krok i dokładnie przyjrzałem. Wyglądał tak niepodobnie do tego małego kociaka, jakim był te ponad dwa lata temu! Sierść porastająca jego grzbiet z biegiem czasu ściemniała, teraz mając kolor czekolady, tak samo jak i bujna grzywa o parę odcieni ciemniejsza. Wyrósł na wysokiego, smukłego kota, któremu pod skórą rysowały się wyćwiczone i twarde mięśnie, pełnego pewności i spokoju. Cała jego sylwetka promieniała dumą i godnością. Mój dzieciak.
-Jak się miewa Rosalia?- zapytałem siadając. Mojemu bratu uśmiech powoli ześlizgnął się z pyska, a w jego oczy napełniły się pewnym bólem, którego nie starał się ani trochę ukrywać, jak to miał w zwyczaju robić potem. Lśniły, odbijając płochliwe płomienie ogniska, niespokojnie trzepiące zabójczymi językami w stronę nieba.
-Odeszła.- powiedział tylko to jedno słowo, wpatrując się w jeden punkt gdzieś ponad moją głową. Nic na to nie rzekłem, ponieważ owa strata ukuła i mnie; co więc musiał przeżywać Jastes, którego lwica wychowała jak własnego syna? Siedzieliśmy parę chwil w ciszy upamiętniającej oddaną przyjaciółkę naszej rodziny, tępo wpatrując się w pierwsze lepsze miejsca, które przyciągnęły wzrok. W końcu Jastes westchnął i podniósł wzrok.
-W takim razie pozwolisz mi dołączyć do twojej grupy?- zapytał z nadzieją. Automatycznie włączył mi się tryb opiekuńczego, starszego brata, który stanowczo sprzeciwił się dopuszczeniu swojego młodszego rodzeństwa do walki i niebezpiecznych momentów, w których łatwo o utratę życia. Jednak z drugiej strony nie chciałem puszczać go z powrotem do Lasu, pod niewolę Kwarastesa, z dala ode mnie, samego. Miał prawo do wolności, tak jak i ja. Jak mogłem mu zabronić bronienia tych wszystkich niewinnych kotów od trującego jadu słów Lidera Lasu? Podążania za własną drogą i marzeniami? Pamiętałem doskonale moją ogromną chęć wyrwania się tutaj, na pustynię, z dala od tego oszczercy i mordercy. Westchnąłem ciężko w duchu, podejmując trudną decyzję.
-Jeśli tego pragniesz, nie mogę ci tego zabronić.- Jastesowi, któremu do tej pory towarzyszył wyraźny niepokój o moje słowa jakby ciężar zsunął się z grzbietu; ciało rozluźniło się, a błysk w oku powrócił z podwójną mocą.
-Oczywiście, że tak.- stwierdził ze stalową pewnością prostując sylwetkę i unosząc głowę.
-W takim razie, bracie, musisz porzucić swoje stare imię i przyjąć nowe jakoby ono było tym pierwotnym. Pod żadnym pozorem nikt nie może znać twojej prawdziwej tożsamości, ponieważ mogłoby mieć to naprawdę okropne skutki w przyszłości.- Jastes przymknął oczy w zamyśleniu, po czym rzucił z wahaniem:
-Co powiesz na Pratiana?
-Świetnie.- dałem mu uspokajający uśmiech.- A zatem Pratianie, chodź, poznasz swoją nową rodzinę.- począłem iść w kierunku ognia, lecz nagle zatrzymałem się.
-I już nigdy nie nazywaj mnie Maverickiem. Teraz moje imię brzmi Palajmos.- powiedziałem stanowczo przeszywając go proszącym, ale i zdeterminowanym spojrzeniem. Ten tylko skinął głową w zrozumieniu i podążył za mną do swojego nowego życia.
wtorek, 11 września 2018
Od Palajmosa CD. Solaris
Z lekkiego snu wyrwały mnie odgłosy cichych stąpań i niskich chrząkań dobiegających zza krzaków. Leżałem na boku mając ciągle zamknięte oczy, próbując wsłuchać się w odgłosy za moimi plecami i lepiej zlokalizować osobnika, który je wydawał. Nie miałem zielonego pojęcia czy jest to tylko pokojowy roślinożerca, którego żołądek zmusił do poszukiwania po nocy pożywienia, czy też czający się z tyłu wróg wyczekujący odpowiedniego momentu na skok i zadanie śmiertelnego ciosu. Mało jednak prawdopodobne aby druga wersja okazała się prawdą, potencjalny przeciwnik z pewnością zachowywałby się ciszej i ostrożniej, lecz wiedziałem, że nie mogę mieć całkowitej pewności. Życie na pustyni nauczyło mnie tego, że zawsze trzeba być gotowym na atak, dlatego najlepiej od razu zakładać obecność wroga, żeby nie mieć potem niespodzianki w postaci nagłego bólu, a w następstwie- śmierci.
Starałem się oddychać głęboko udając, że nadal przebywam w odległych krainach Morfeusza, lecz jednocześnie skupiłem się na dobiegających zewsząd odgłosach i woniach. A niech diabli porwą ten wiatr, jak zawsze wiał nie z tej strony co trzeba, więc nic nie dało wysilanie nosa. Zdałem się więc na mój ostatni w tej chwili przydatny zmysł- słuch. Nadal leżąc z zamkniętymi oczami wsłuchałem się w dalej trwający cichy szelest, dobiegający z odległości około 9 metrów. Osobnik przybliżył się o jakieś dwa metry od czasu kiedy go usłyszałem, toteż postanowiłem działać. Otworzyłem oczy od razu będąc zaślepiony otaczającym mnie zewsząd mrokiem. Po układzie gwiazd domyśliłem się, że jest około 2.00 nad ranem, srebrny sierp lśnił na niebie nieprzykryty żadnym okryciem. Wiatr delikatnie, jakby z uczuciem okrył mnie swoją lotną dłonią, mierzwiąc sierść i długie włosy w grzywie.
Poczekałem jeszcze parę sekund, po czym błyskawicznie spiąłem mięśnie, z leżącej pozycji podnosząc się do pół siadu i wykonując krótki skok mający na celu uniknięcie zderzenia z jakimś ciężkim cielskiem, o ile oczywiście zwierzę w krzakach było wrogiem i miało taki pomysł. Pochyliłem się ku ziemi prawie dotykając brzuchem zroszonej rosą trawy i machnąłem ogonem, patrząc spod oka na krzaki z niskim pomrukiem dochodzącym z piersi. Usłyszałem jeszcze zdziwione sapnięcie i sekundę później wśród gąszczu udało mi się dostrzec sylwetkę zwinnego jelenia, który skoczył w las i zniknął wśród drzew.
Oczywiście, znów fałszywy alarm. Zacząłem już zastanawiać się czy nie jestem paranoikiem, którego mógłby obudzić sam oddech obcego w swoim pobliżu i doszedłem do wniosku, że jestem na dobrej drodze. Zwiesiłem głowę ku ziemi i westchnąłem głośno; o śnie nie było już mowy, a zostało mi jeszcze parę dobrych godzin ciemności. Z braku innych rozwiązań postanowiłem się przejść, przewietrzyć trochę głowę i może pozwiedzać jakieś tereny. Dopiero co dołączyłem do Stada Adamantium, nie miałem więc jeszcze okazji do zobaczenia cudów natury, którymi zostało obdarowane owe stado. Podobno krajobrazy wyglądają piękniej przy blasku księżyca i gwiazd, postanowiłem zatem sam się o tym przekonać.
Dopiero teraz wstrząsnął mną lodowaty dreszcz, przebiegający szybko po grzbiecie i dopiero teraz uświadomiłem sobie, że całe moje ciało delikatnie się trzęsie. Wiedziałem, że spanie na dworze będzie złym pomysłem i miałem wczorajszego wieczoru przeczucie, że będę tego żałował, ale dalej wolę spędzać cały czas na zewnątrz. Małe przestrzenie wywołują u mnie atak paniki, toteż nawet nie rozejrzałem się jeszcze za jakąkolwiek jaskinią, która mogłaby ukryć mnie chociaż przed wiatrem. Tej nocy całe szczęście nie padało, jednak chłodna rosa, która zmoczyła mi bok i kawałek brzucha była nieunikniona i znacznie przyczyniła się do trzymającego mnie teraz w kleszczach zimna. Wymamrotałem pod nosem przekleństwo winiąc się za swoją głupotę, wiedziałem jednak, że następnym razem postąpię tak samo. Jedyne co sobie obiecałem to poszukanie w bliskiej przyszłości jakiejś odpowiadającej mojej fobii jaskini czy też innego schronienia, dzięki któremu udałoby mi się przetrwać zimę. Zdecydowanie wolę nieznośny upał lejący się z nieba niż mrożące szpik mrozy i długotrwałe opady śniegu. Świat staje się wtedy tak nudny, nic tylko biel i jakaś szarość. W moim życiu potrzebne były kolory, które poprawiały mi nastrój za każdym razem i przypominały o dawnych wydarzeniach, które choć przeminęły w rzeczywistości, pozostały w mojej głowie w formie wspomnień.
Postanowiłem w końcu się ruszyć, mając nadzieję, że ruch pomoże w walce z zimnem trzęsącym moim ciałem. Toteż poszedłem przed siebie żwawym krokiem, z uwagą i zaciekawieniem rozglądając się po otoczeniu.
***
Po godzinie wędrówki dotarłem nad jakieś jezioro. Kiedy zapadnie dzień będę musiał iść dopytać się o wszystkie nazwy, a najlepiej poprosić o jakąś mapę czy przewodnika, lecz teraz stałem tylko i w ciszy obserwowałem nieruchomą wodę owego jeziora, którego nazwy jeszcze nie znałem.
Pod moimi łapami wyczuwałem przyjemny dotyk miękkiego piasku, który od dawna był mi przyjacielem, dlatego z radością powitałem jego obecność. Nie miałem styczności z tymi drobnymi, złotymi ziarenkami od jakiegoś czasu i szczerze mówiąc tęskniłem za tym. Po za tym czułem się pewniej wiedząc, że mogę korzystać z mocy jednego z moich żywiołów, którym jest właśnie ten niepozorny, mały sam, ale ogromny w grupie piasek.
Nagle z zamyślenia wyrwał mnie odgłos pluśnięcia. Kiedy uniosłem głowę i skierowałem ją w tamtym kierunku dojrzałem opadające krople wody, które przed sekundą zostały wyrzucone w górę. I ku mojemu zdziwieniu w moją stronę płynął jakiś dziki kot o granatowym kolorze sierści. Kiedy wyszedł na brzeg okazało się, że a) jest to samica, b) należy do rodziny pum. Wydawało się, że mnie nie zauważyła, ponieważ spokojnie otrzepała się wyrzucając z futra setki kropel wody. Dopiero kiedy uniosła wzrok jej sylwetka widocznie się spięła, co oznaczało, że najwyraźniej mnie dojrzała.
-Spokojnie.- rzuciłem wychodząc z cienia w białe światło księżyca. Puma nadal obserwowała mnie z niejaką nieufnością w oczach.
-Kim jesteś?- zapytała mierząc mnie uważnym spojrzeniem od łap aż po końcówki włosów w grzywie.
-Na imię mam Palajmos.- odrzekłem po krótkiej chwili ciszy, w której biłem się z myślami o tym czy jej to wyjawić.- Mogę wiedzieć jak brzmi twoje?- zapytałem uprzejmie, aczkolwiek z dystansem dokładnie obserwując każdy jej ruch.
-Solaris.- mruknęła cicho. Skinąłem głową na znak, że mi miło po czym zapadło milczenie przerywane z rzadka jakimś szumem czy innym szelestem dobiegającym z pobliża. W końcu to kocica odezwała się ponownie.
-Jesteś ze stada, prawda?- spytała mrużąc oczy.
-Owszem, dołączyłem niedawno.- odpowiedziałem unosząc głowę i patrząc na nocne niebo. Solaris podążyła za moim wzrokiem spojrzeniem.
-Mogę znać powód, dla którego nie śpisz chociaż jest środek nocy?- zapytałem ostrożnie, chcąc nawiązać jakąkolwiek konwersację. Puma była jedną z pierwszych osób jakie poznałem w stadzie, do którego dopiero co dołączyłem, więc postanowiłem przeprowadzić normalną rozmowę starając się nie pokazywać mojej nieufności. Po za tym odrobinę ciekawiło mnie to, co skłoniło Solaris do tej nieoczekiwanej kąpieli w jeziorze.
(Solaris?)
✐ 1067 słów
+20 SK
poniedziałek, 10 września 2018
Palajmos!
Imię: Maverick. Stare, zapomniane przez świat imię, zastąpione nowym, które zapadło w serca wielu dzikim kotom, a brzmi ono Palajmos.
Pseudonim: Pośród fałszywych popleczników Kwarastesa zrodził się pomysł nazwania Palajmosa Pustynnym Lwem. Woli jednak używanie jego imienia i to bez żadnych skrótów czy zdrobnień.
Wiek: 6 lat.
Płeć: Już po samej bujnej, ognistej grzywie można poznać, że ma się do czynienia z samcem.
Stopień: Początkujący.
Gatunek: Lew.
Głos: Jon Courney
Stanowisko: Nie musiał się długo namyślać, postanowił zostać wojownikiem, ponieważ to najbardziej kojarzyło mu się ze wcześniejszym życiem na gorącej, suchej pustyni.
Charakter: Zacznijmy od tego, że Palajmos jest przede wszystkim dostojnym, stanowczym i nie dającym sobie w kaszę dmuchać lwem o zazwyczaj poważnym wyglądzie, któremu jednak zdarza się ujawnić szeroki uśmiech czy też cichy śmiech. Lata przewodzenia całkiem sporej grupie żyjącej daleko poza granicami określonymi jako bezpieczne, ukształtowały w nim silne poczucie odpowiedzialności i nauczyły ogromnego sprytu, a także tego jak poradzić sobie w skrajnych warunkach, w których niektóre koty dawno by już zginęły. Wzmocniły jego wytrzymałość i pozbawiły większej części jego niegdyś bardzo wesołego usposobienia.
Kolejną ważną cechą jego charakteru jest upór. Jeżeli wyznaczy sobie jakiś cel będzie do niego dążył choćby i do śmierci. Zawsze słucha wszystkich rad, jednak jeśli uzna jakąś sprawę za szczególnie ważną nic nie skłoni go do zmiany zdania mimo silnych persfazjii.
Jest niezwykle odważny i wrażliwy na czyjąś krzywdę. Nawet walka z Kwarastesem, która nie obyła się bez wielu ofiar nie zdołała go jej w pełni pozbawić. Zazwyczaj stara się nie zabijać, jednak zdarzają się takie przypadki, w którym nie ma innej drogi i on o tym wie. Nigdy, przenigdy nie podda się bez walki ani nie ugnie głowy przed nikim, szczególnie tyranami zadającymi śmierć, takimi jak jego niegdysiejszy wróg. Nie da się go złamać, jest przyzwyczajony do bólu, więc znosi go przeważnie w milczeniu.
Nie tak trudno wprawić go w lekką irytację, lecz rzadko wpada w gniew. Jest opiekuńczy i bardzo troszczy się o najbliższych, zwłaszcza o swojego młodszego brata. Zawsze staje po stronie prześladowanych, ośmieszanych i krzywdzonych dzikich kotów, a w stosunku do obcych jest naprawdę bardzo nieufny i nie można się mu dziwić. Zachowuje się z dystansem acz uprzejmie, zwłaszcza w rozmowach z przedstawicielkami płci pięknej. W ogóle ma trudność z zaufaniem komukolwiek po tym co się stało, lecz jeżeli będzie pewny owego kogoś stanie się wiernym, oddanym przyjacielem. Może nawet wyjawi mu swój największy sekret, który poznały tylko nieliczne osoby, które traktował jak rodzonych sióstr i braci- swoje prawdziwe, nadane przez matkę imię. Jeśli dany osobnik dostąpi tego zaszczytu może być pewien, że Palajmos jakby zawierzył mu swoje życie.
Nie ma problemów z byciem w centrum uwagi czy też przemawianiem do innych, lubi rozmawiać, ale nie ma nic przeciwko samotności. Wszystkie decyzje podejmuje z zimną krwią, za najbliższymi skoczyłby w ogień. Trzyma się swoich poglądów i idzie własną ścieżką nie oglądając się na innych.
Nie ma problemów z byciem w centrum uwagi czy też przemawianiem do innych, lubi rozmawiać, ale nie ma nic przeciwko samotności. Wszystkie decyzje podejmuje z zimną krwią, za najbliższymi skoczyłby w ogień. Trzyma się swoich poglądów i idzie własną ścieżką nie oglądając się na innych.
Żywioł: Piasek, Burza.
Moce:
✧Potrafi wywoływać potężne burze wszelkiego rodzaju; zwykłe, z gradem, śnieżne itd. jednak najsilniejsza jest piaskowa, która łączy oba jego żywioły.
✧Podczas burzy może zarządzać deszczem i wiatrem, także błyskawicami, choć jest to bardziej męczące niż tymi dwoma wcześniejszymi.
✧Panuje nad piaskiem tzn. może formować przeróżne kształty z piasku,
✧Tworzyć z niego wyśmienitą osłonę także na dłuższą odległość, której nie przejrzy nawet najbystrzejsze oko,
✧kierować nim, wznosić itd.
✧I na koniec może nie niezwykle potężna moc, ale przydatna; otóż piasek nie parzy go. Ponadto jeśli zechce uchować od tego kogoś innego, nawet parę osób naraz, tak się stanie.
Partnerka: Dotąd przed wszystkimi związkami powodowanymi zauroczeniem stawiał zawsze pustynię i obowiązki jako przywódcy grupy rebeliantów. I choć jego serce mogło rwać się jak pies na łańcuchu, który wyczuje zapach obcego na swoim terenie nie pozwolił sobie na kochanie. Czy teraz będzie inaczej? Kto wie. Może spotka kiedyś pannę, która zawładnie jego sercem?
Rodzina:
Matka: Tasjana. Lwica o ogromnym sercu, oddana swoim dzieciom i partnerowi. Niestety kiedy Palajmos miał około roku i czterech miesięcy, a Pratian, jego młodszy brat miesiąc, odeszła z tego świata.
Matka: Tasjana. Lwica o ogromnym sercu, oddana swoim dzieciom i partnerowi. Niestety kiedy Palajmos miał około roku i czterech miesięcy, a Pratian, jego młodszy brat miesiąc, odeszła z tego świata.
Ojciec: Pamnis, jednak dla wszystkich innych zwany był jako Gwes. Kochający rodzic, za wszelką cenę pragnący zagwarantować rodzinie bezpieczeństwo. Dołączył do rebeliantów na miesiąc przed urodzeniem się Pratiana i to w ich szeregach zginał w jednej z potyczek, jeszcze zanim jego starszy syn porzucił stado tak jak on.
Rodzeństwo: Jastes. Ukochany młodszy brat Palajmosa, znany jako Pratian. Po stracie matki wychowywany przez Rosalię. W wieku 2,5 roku dołączył do rebeliantów i kiedy odkrył, że jego brat także do nich należy stali się niemal nierozłączni.
Rosalia- przyjaciółka rodziców Palajmosa i Pratiana, traktowana jak członek ich rodziny. Stara, opiekuńcza lwica, która wychowała młodszego z dwóch braci.
Młode: Do tej pory zdecydowanie był na nie, lecz teraz, kto wie...
Historia: Urodził się jako członek ogromnego stada żyjącego w środku pradawnej puszczy, prowadzonego przez mądrego przywódcę. Wszyscy żyli w spokoju do czasu kiedy od urodzenia Mavericka minęło 13 miesięcy i parę dni .Owej nocy świat opuścił przywódca stada, który otrzymał kilka głębokich ran podczas snu. Koty ogarnął niepokój, powstawały plotki i dochodzenia. Nie możliwe było aby sprawcą był jakiś osobnik spoza stada, strażnicy na pewno wykryliby jego obecność, a nawet jeśli nie, to nie przedarłby się do samego środka niezauważony. Jednogłośnie stwierdzono, że musiał być to ktoś ze stada. Zapanował chaos, każdy podejrzewał każdego.
Niedługo potem na pierwszy plan wyszedł pewien młody lew, będący dotąd bezlitosnym dręczycielem młodszych od niego, którzy byli słabsi i bali się powiedzieć o tym komukolwiek, nie wyszło więc to nigdy na jaw. Zapanował nad kotami dzięki swoim doskonałym umiejętnościom przekonywania i ukazał im nową "cudowną przyszłość" stada. Szybko wybrano go na nowego przywódcę, jednak niektórzy nie obdarzyli go zaufaniem, wyczuwając dawno zaplanowaną intrygę. Jeden z nich podsłuchał rozmowę Kwarastesa (tak się bowiem nazywał nowy przywódca) z jego sześcioma pomocnikami, kiedy rozmawiali o śmierci starego lidera i winszowali sobie dobrze wykonanej roboty. Doniósł wtedy kilku zaufanym osobom i następnego dnia wystąpił publicznie oskarżając Kwarastesa i jego typów spod ciemnej gwiazdy o morderstwo. Poruszyło to wszystkich, jednak lew i jego kuple skutecznie ukrócili plotki słodką treścią swoich słów. Kiedy sprawa ucichła nagle zniknął ten, co podsłuchiwał, jednak nikogo to nie obchodziło. No, prawie. Istniała nieliczna, skryta grupa oporu, która po cichu obserwowała nowego przywódcę. Miesiąc po objęciu stanowiska, Kwarastes wydał rozkaz zabicia wszystkich magicznie uzdolnionych kotów. W stadzie było ich niewiele, jednak ci zawsze byli nienawidzeni przez obecną władzę i teraz postanowili się ich pozbyć. Zwykli członkowie zaślepieni słowami Kwarastesa oddali się mu całkowicie pod kontrolę, więc bez sprzeciwów postanowiono wykonać jego rozkaz. Całe szczęście dzięki tajnej grupie oporu odkryto to wcześniej i powiadomiono uzdolnione koty, które uciekły z lasu na pustynię, na której osiadły, wraz z ową grupą i założyły ugrupowanie mające na celu walkę z Kwarastesem, zwane Dziećmi Pustyni. Z nimi odszedł ojciec Mavericka, który należał do uzdolnionych, lecz Tasjana- która choć nie miała magicznych zdolności, należała to ruchu oporu- musiała zostać, była bowiem w zaawansowanej ciąży.
Serce ciągnęło Mavericka na Pustynię, ponieważ zdawał sobie sprawę z ciemnych sprawek i knowań Kwarastesa i chciał im zapobiec, lecz musiał pozostać aby opiekować się matką. Miesiąc potem urodził się jego młodszy brat- Jastes, a kolejny miesiąc później niespodziewanie straż Kwarastesa włamała się do ich mieszkania i oskarżyła Tasjanę o przynależność do buntowników. Zabrali ją, pozostawiając Mavericka z jego młodszym bratem, którzy byli bezsilni. Zabito ją publicznie, jako przestrogę, a z niewiadomych powodów pozostawiono przy życiu jej dwóch synów. Maverick, który ciężko zniósł stratę zwrócił się do starej przyjaciółki rodziców- Rosalii- prosząc o to aby zajęła się wychowywaniem Jastesa, postanowił już bowiem, że odnajdzie rebeliantów i zamieszka na pustyni. Lwica, będąca po ich stronie zgodziła się. Maverick w końcu dołączył do buntowników i po to aby ukryć swoją tożsamość oraz aby chronić swojego brata, zmienił imię na Palajmos.
Rodzeństwo: Jastes. Ukochany młodszy brat Palajmosa, znany jako Pratian. Po stracie matki wychowywany przez Rosalię. W wieku 2,5 roku dołączył do rebeliantów i kiedy odkrył, że jego brat także do nich należy stali się niemal nierozłączni.
Rosalia- przyjaciółka rodziców Palajmosa i Pratiana, traktowana jak członek ich rodziny. Stara, opiekuńcza lwica, która wychowała młodszego z dwóch braci.
Młode: Do tej pory zdecydowanie był na nie, lecz teraz, kto wie...
Historia: Urodził się jako członek ogromnego stada żyjącego w środku pradawnej puszczy, prowadzonego przez mądrego przywódcę. Wszyscy żyli w spokoju do czasu kiedy od urodzenia Mavericka minęło 13 miesięcy i parę dni .Owej nocy świat opuścił przywódca stada, który otrzymał kilka głębokich ran podczas snu. Koty ogarnął niepokój, powstawały plotki i dochodzenia. Nie możliwe było aby sprawcą był jakiś osobnik spoza stada, strażnicy na pewno wykryliby jego obecność, a nawet jeśli nie, to nie przedarłby się do samego środka niezauważony. Jednogłośnie stwierdzono, że musiał być to ktoś ze stada. Zapanował chaos, każdy podejrzewał każdego.
Niedługo potem na pierwszy plan wyszedł pewien młody lew, będący dotąd bezlitosnym dręczycielem młodszych od niego, którzy byli słabsi i bali się powiedzieć o tym komukolwiek, nie wyszło więc to nigdy na jaw. Zapanował nad kotami dzięki swoim doskonałym umiejętnościom przekonywania i ukazał im nową "cudowną przyszłość" stada. Szybko wybrano go na nowego przywódcę, jednak niektórzy nie obdarzyli go zaufaniem, wyczuwając dawno zaplanowaną intrygę. Jeden z nich podsłuchał rozmowę Kwarastesa (tak się bowiem nazywał nowy przywódca) z jego sześcioma pomocnikami, kiedy rozmawiali o śmierci starego lidera i winszowali sobie dobrze wykonanej roboty. Doniósł wtedy kilku zaufanym osobom i następnego dnia wystąpił publicznie oskarżając Kwarastesa i jego typów spod ciemnej gwiazdy o morderstwo. Poruszyło to wszystkich, jednak lew i jego kuple skutecznie ukrócili plotki słodką treścią swoich słów. Kiedy sprawa ucichła nagle zniknął ten, co podsłuchiwał, jednak nikogo to nie obchodziło. No, prawie. Istniała nieliczna, skryta grupa oporu, która po cichu obserwowała nowego przywódcę. Miesiąc po objęciu stanowiska, Kwarastes wydał rozkaz zabicia wszystkich magicznie uzdolnionych kotów. W stadzie było ich niewiele, jednak ci zawsze byli nienawidzeni przez obecną władzę i teraz postanowili się ich pozbyć. Zwykli członkowie zaślepieni słowami Kwarastesa oddali się mu całkowicie pod kontrolę, więc bez sprzeciwów postanowiono wykonać jego rozkaz. Całe szczęście dzięki tajnej grupie oporu odkryto to wcześniej i powiadomiono uzdolnione koty, które uciekły z lasu na pustynię, na której osiadły, wraz z ową grupą i założyły ugrupowanie mające na celu walkę z Kwarastesem, zwane Dziećmi Pustyni. Z nimi odszedł ojciec Mavericka, który należał do uzdolnionych, lecz Tasjana- która choć nie miała magicznych zdolności, należała to ruchu oporu- musiała zostać, była bowiem w zaawansowanej ciąży.
Serce ciągnęło Mavericka na Pustynię, ponieważ zdawał sobie sprawę z ciemnych sprawek i knowań Kwarastesa i chciał im zapobiec, lecz musiał pozostać aby opiekować się matką. Miesiąc potem urodził się jego młodszy brat- Jastes, a kolejny miesiąc później niespodziewanie straż Kwarastesa włamała się do ich mieszkania i oskarżyła Tasjanę o przynależność do buntowników. Zabrali ją, pozostawiając Mavericka z jego młodszym bratem, którzy byli bezsilni. Zabito ją publicznie, jako przestrogę, a z niewiadomych powodów pozostawiono przy życiu jej dwóch synów. Maverick, który ciężko zniósł stratę zwrócił się do starej przyjaciółki rodziców- Rosalii- prosząc o to aby zajęła się wychowywaniem Jastesa, postanowił już bowiem, że odnajdzie rebeliantów i zamieszka na pustyni. Lwica, będąca po ich stronie zgodziła się. Maverick w końcu dołączył do buntowników i po to aby ukryć swoją tożsamość oraz aby chronić swojego brata, zmienił imię na Palajmos.
Ciekawostki:
1. Po śmierci pierwszego lidera Dzieci Pustyni na jego miejsce wybrano Palajmosa, który najlepiej ze wszystkich przeszedł szkolenie i wykazywał odpowiednie umiejętności oraz determinację.
2. Po szkoleniu trwającym 8 miesięcy, kolejne półtora spędził jako zwiadowca buntowników. Po wybraniu go na przywódcę prowadził grupę przez ponad 3 i pół lata.
4. Kwarastes darzył go czystą nienawiścią i spędzał sporo czasu nad planowaniem zasadzek na Palajmosa, za wszelką cenę chcąc pozbyć się jego i jego towarzyszy.
4. Więcej informacji dotyczących przeszłości Palajmosa znajduje się w opowiadaniach.
5. Nie przeszkadzają mu nawet bardzo wysokie temperatury, lecz często jest mu zimno, ponieważ nie tak łatwo jest mu się przyzwyczaić do nowego klimatu.
6. Już było wspominane, że NAPRAWDĘ trudno jest mu komuś zaufać po tym co wydarzyło się w jego przeszłości.
7. Ma klaustrofobię, zdecydowanie woli otwarte przestrzenie.
8. Często zastanawia się co teraz robi jego brat i ma zamiar kiedyś wybrać się w strony skąd pochodzi aby zobaczyć jak się sprawy mają.
Właściciel: Howrse: Babilon, Doggi: Dalil
1. Po śmierci pierwszego lidera Dzieci Pustyni na jego miejsce wybrano Palajmosa, który najlepiej ze wszystkich przeszedł szkolenie i wykazywał odpowiednie umiejętności oraz determinację.
2. Po szkoleniu trwającym 8 miesięcy, kolejne półtora spędził jako zwiadowca buntowników. Po wybraniu go na przywódcę prowadził grupę przez ponad 3 i pół lata.
4. Kwarastes darzył go czystą nienawiścią i spędzał sporo czasu nad planowaniem zasadzek na Palajmosa, za wszelką cenę chcąc pozbyć się jego i jego towarzyszy.
4. Więcej informacji dotyczących przeszłości Palajmosa znajduje się w opowiadaniach.
5. Nie przeszkadzają mu nawet bardzo wysokie temperatury, lecz często jest mu zimno, ponieważ nie tak łatwo jest mu się przyzwyczaić do nowego klimatu.
6. Już było wspominane, że NAPRAWDĘ trudno jest mu komuś zaufać po tym co wydarzyło się w jego przeszłości.
7. Ma klaustrofobię, zdecydowanie woli otwarte przestrzenie.
8. Często zastanawia się co teraz robi jego brat i ma zamiar kiedyś wybrać się w strony skąd pochodzi aby zobaczyć jak się sprawy mają.
Właściciel: Howrse: Babilon, Doggi: Dalil
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Szablon
Karou
Royalog
Royalog
